Po wykonaniu wszystkich koniecznych telefonów, Zosiu, no wyjechałam już, wyjechałam, nie wiem, nie wiem, na razie nie ma opóźnienia, po znalezieniu kompromisu co do okna, jak szeroko otwarte, czy w ogóle, jak często, po wybraniu najdogodniejszych miejsc, tyłem do kierunku jazdy, przodem do kierunku jazdy, wszystko jedno, przy oknie, pod swoją walizką, naprzeciwko swojej walizki, po zjedzeniu, co kto miał najlepszego i czym mógł się poczęstować od drugiego, korniszon, kanapeczka, jabłko, mandarynka, słodziutka, bez pestek, pan weźmie, w przedziale zrobiło się cicho, a była to cisza wyczekująca, wiadomo, ktoś musi zacząć. Od kilku minut pociąg stał w środku niczego.
– Taka koza, pan popatrzy, to ma dopiero życie.

Popatrzyli wszyscy, przez okno, kozy pogryzały łąkę od niechcenia. Żując, unosiły głowę w górę, wzrok w kierunku nieba.
– Ja to bym jednak nie chciał na wsi mieszkać.
– A czy ja panu każę na wsi? O kozie mówię, o byciu kozą. Zupełnie inna kwestia.
– Czy ja wiem, o takiej kozie, co pan może wiedzieć, co ona sobie, taka koza, myśli? Nie da się.
– A ja sobie właśnie myślę, co koza, potrafię. Że ona się na przykład nie martwi wcale, niczym, bo wszystko kozie jest podane na tacy.
– Jakiej tacy?
– Na łące jak na tacy, pan popatrzy.

Znowu popatrzyli wszyscy. O czym koza myśli, próbowali się domyślić. Jedna z kóz, obżarta trawą najwyraźniej, podskakiwała pod niebo, dość wysoko i bez celu.
– Patrzę przecież. W mojej opinii, proszę pana, koza to durne jest zwierzę. Pan popatrzy na tamtą, kretynka.
– Może się cieszy? Ja uważam, że to są skoki radości.
– Jeszcze mi pan o niuansach zacznie gadać. Radość beztroska, radość podszyta strachem, radość wbrew nieszczęściu. Co? Myśli pan?
– Myślę. A pan myśli, że koza, prosta, polska koza, nie byłaby zdolna do niuansów?
– Ja nic nie myślę, proszę pana. Co najwyżej, że pan chyba nie ma o czym myśleć. Koza, też mi problem.
– Oczywiście, dla pana koza to jest żaden problem. Pan nie chciałby być kozą. Nie mógłby.
– Ja bym nie mógł? Proszę pana. Jak ja bym był kozą, to by pan dopiero zobaczył!
– Co by mi pan pokazał, no, co?
– Przede wszystkim zawsze znajdowałbym najlepszą trawę, młodą, najsłodszą. Pokazywałbym tę trawę stadu, dzięki czemu stado by miało u mnie dług wdzięczności, więc mógłbym z tego czerpać korzyści.
– Materialne?
– Nie, wie pan, bardziej na zasadzie barteru. Coś za coś. Trawa za wodę. Albo wie pan.
– Nie wiem.
– No wiem pan, przecież. Kozy to chyba jak te przysłowiowe króliki, nie?
– Co króliki?
– Się rypią.
– Ależ, proszę pana, tak przy damach?

Rzeczywiście, w przedziale oprócz dwóch panów były same damy. W różnym wieku i w różnym stopniu oburzenia. Odezwała się najmłodsza, bo pozostałe patrzyły po sobie, w podłogę, w paznokcie. Dama w średnim wieku rozłożyła ostentacyjnie gazetę.
– A wiedzą panowie, że nie można wiedzieć, jak to jest być kozą? Amerykański filozof, Thomas Nagel, w swoimi słynnym artykule zatytułowanym „Jak to jest być nietoperzem?” postawił właśnie taką tezę.
– O kozach?
– Nie, o nietoperzach. Ale to można potraktować analogicznie.

Panowie prychnęli, ich prychnięcia były zgodne, więc jeden mrugnął do drugiego. Najmłodsza dama nie zwróciła uwagi na zniuansowanie i podtekst prychnięć. Kontynuowała wykład.
– Więc Thomas Nagel, filozof umysłu, argumentuje, że nawet jak sobie wyobrazimy siebie jako istotę ślepą, bez rąk, za to ze skrzydłami, to zrozumiemy co najwyżej, jak to jest być w ciele nietoperza. Czyli jakby to człowiek czuł się, będąc nietoperzem. Ale nie zrozumiemy, jak to jest być nietoperzem, będąc nim samym. I podobnie będzie z kozą.
– Z kozą? Panienka szanowna twierdzi, że tamten filozof od głowy, że mu się wydaje, że z nietoperzem to tak samo jak z kozą? Nie jest mądry w ogóle ten pani filozof. Przecież to zupełnie inne zwierzęta są.
– Odrębne – pan drugi zgodził się z pierwszym i odmrugnął.
– No. Bo przede wszystkim, koza to ssak, a nietoperz to… – zawiesił głos, zdezorientowany.
– Też ssak, panie kochanieńki – najstarsza dama aż poczerwieniała z dumy.
– Panowie nie zrozumieli, on twierdzi zupełnie coś innego – najmłodsza już się prawie uniosła, już chciała dalej.
– Ja tam swoje wiem – pan pierwszy wykonał gest ręką, który miał jakoby symbolizować, jak rozległa jest jego wiedza. – A ten pani filozof, to też mógłby się zająć poważniejszymi sprawami. Nietoperz, no kto to widział?
– Ja widziałam nie raz, bo u mnie po podwórku latają – dama najstarsza splotła ramiona na brzuchu i popatrzyła po wszystkich spojrzeniem, które też wie i niejedno widziało. Dama najmłodsza przewróciła oczami. Wszyscy milczeli skrępowani.
– Jakby porównać kozę z nietoperzem – pan pierwszy doszedł jednak do jakiegoś wniosku – to ja sądzę, że koza jest jednak bardziej szczęśliwsza.
– Jasna rzecz – drugi podchwycił – bo nietoperz, wiadomo, nikt nie lubi nietoperzy.
– Ach, czyli pan jednak dopuszcza u zwierząt niuanse?
– Ja?!
– Bo według pana ludzka niechęć ma wpływ na poziom nietoperzej szczęśliwości.
– Pan mi wsadza w usta myśli, których nie mam. Filozofowanie takie – pan drugi obruszył się, bo uznał, że wszyscy w przedziale się przeciwko sprzysięgli.
– Ale wracając do kóz.

Wszyscy posłusznie popatrzyli przez okno. Kóz już nie było. Westchnęli.
– Poszły sobie.
– Pobiegły.
– Ciekawe gdzie?
– Głupie kozy, to polazły gdzie bądź – pan drugi postanowił trwać w opozycji.
– Sam pan jesteś głupi. Koza to mądre zwierzę, ma swoje sprawy, codziennie, wiele spraw musi załatwić.
– Sprawy? Jaki panie sprawy? Tylko spać i żreć. I to trzecie – zarechotał.
– O, sarenka! – powiedziała dama najstarsza, więc wszyscy znowu przez okno, zgodnie, i uśmiech też był ich zgodny.

Sarenka zatrzymała się pod lasem. Ale na krótko. Podskoczyła i zaczęła biec w stronę ściany drzew. Pan drugi klasnął w dłonie.
– Ale zapierdala. Jak durna.

667_alphileo.wordpress.com

Cały Wars trawił schabowe. Niektórzy udawali, że piją kawę, inni udawali autyków. Tamtych było trzech. Stanęli pod ścianą, jedną ręką chwytali dla równowagi a to własny bok, a to blat stołu, a to poręcz, w drugiej ściskali kubki z cieczą moczopędną i moczopodobną. Pierwszy próbował wybrać numer, drugi próbował wygrzebać coś z pępka, trzeci próbował albo zasnąć albo nie zasnąć. Trudno było rozstrzygnąć.
– Nie dzwonię, kurwa – pierwszy.
– Nie zasypiaj – drugi do trzeciego.
– Co ty pierdolisz? – trzeci się ocknął.
– No co, no co?
– Bo jak nie, to ja zadzwonię.
– Dzwonię!
– Dzwoń – trzeciemu głowa ciążyła, a kubek przechylał się w dłoni z miękkim nadgarstkiem.
Pierwszy dzwoni, mówi, słucha, mówi, słucha, w końcu krzyczy.
– Jebać frajera! Niech się dzieje, co chce. A ja przy tobie w szpitalu byłem, kurwo – rozłączył się.

Cały Wars spojrzał na niego ze współczuciem. Drugi i trzeci zerkali po sobie, w podłogę, w okna. Drugi podrapał się po brzuchu. Pociąg wjechał w pole rzepaku, po wagonie przeszedł pomruk zadowolenia. Pociąg wjechał w nieskalanie zieloną łąkę, z jednej strony trawa, z drugiej strony trawa. Nic tylko trawa, trawa, trawa. Pierwszy wyraźnie się uspokoił, trzeciemu znowu opadła głowa, pociąg szumiał i postukiwał rytmicznie. Trawa, trawa, trawa. Drugi skinął do pierwszego:
– Zobacz, jaka fajna łąka. Jak z pocztówki.
Pierwszy wykrzywił usta w grymasie.
– Jak z Windowsa chyba.

Nad trawą unosiły się chmury kłębiaste, niektóre mniej, inne bardziej, chmury kłębiaste, te najładniejsze. Między trawą a chmurami unosiła się grupka ptaków, srebrzyły się w słońcu. Drugi jakby westchnął.
– I wiatraki
– Co?
– Wiatraki.
– Tak.

Cały Wars ucichł, zaczarowany. Nikt nie postukiwał łyżeczką, nie szeleścił gazetą, nie szurał bagażem. Drugi znowu szturchnął pierwszego.
– Krowa.
– Gdzie?
– Tam.
– Nie widzę.
– Tu druga.
– Druga.
– Krowa, krowa, krowa.
– Trawa, trwa, trawa.

Cały Wars uśmiechał się do własnych myśli. Pasażerowie wyglądali jak z reklamy albo z folderu turystycznego, opowiadającego o szczęśliwych ludziach i ich beztroskich wycieczkach. Drugi ni to chrząknął, ni to się zaśmiał.
– Te, Roman!
– Co, Roman?
– Zobacz.
– Co?
– Roman usnął. Na stojąco.

662_alphileo.wordpress.com