Archive

hipermnezja

694_alphileo.wordpress.com

Ta dziewczynka. Mam ją opisać? Pastelowo-bawełniana, w ubranku dziewczyńskim. Zaskoczyło mnie, że ona taka niezużyta, że ma nowe jeszcze ciało, jakby właśnie przed chwilą została rozpakowana. Jest dokładnie na tym etapie, kiedy przestaje się być nieukształtowanym dzieckiem, a zaczyna się być całkiem uformowaną dziewczynką. Ale i nie o płeć chodzi, tylko o ciało, o wygląd jego. Do pewnego czasu ciało pozostaje jeszcze nieludzkie, nie jest siebie świadome. Jakoś się rozwija, ale bardziej siłą rozpędu. Mówi się, że rośnie. Dziecko rośnie. Powiedziałabym raczej, że puchnie. Nabiera masy, pęcznieje we wszystkich możliwych kierunkach. W pewnym jednak momencie, w końcu, ciało staje się ciałem tożsamym ze sobą. Jest już ciałem tej dziewczynki, a nie jakiegoś tam dziecka. I gdyby teraz podzielić je na kawałki, to każdy z nich zostałby rozpoznany jako fragment tej właśnie dziewczynki. Dłoń, stopa, kolano, szyja – zyskują jedyny, właściwy sobie wygląd.

To jest palec, mój palec, palec prawej dłoni, kciuk. Zakończony paznokciem, który akurat się nie rozdwaja, w przeciwieństwie do pozostałych. Kształtny i smukły. Od urodzenia żyje obok palca wskazującego; dobrze się dogadują. Znam go z widzenia. Gdyby mi go odcięto i położono na stole przy innych, cudzych kciukach, to bym go od razu rozpoznała. I gdyby obok leżały palce moich bliskich, i palce zupełnie przypadkowe, bez zastanowienia mogłabym wskazać: mama, ojciec, brat, koleżanka Anka, tamten łajdak. Ciało nie jest przypadkowe, jest niewymienialne. I dziewczynka, o której mówię, posiadała takie właśnie ciało.

Spomiędzy kartek książki wyjmuję zdjęcie. Ja na nim sześcioletnia. W sukience jakiegoś koloru, nie wiem, bo zdjęcie czarno-białe, ale podejrzewam, że sukienka była w beznadziejnym kolorze. Takie czasy. Jak już dało się cokolwiek kupić, to musiało być w beznadziejnym kolorze. Pozuję. Uśmiecham się, ze zdjęcia. Do zdjęcia, teraz, się nie uśmiecham. Patrzę karcąco. Biorę szkło powiększające, śledzę. Noga, kolano, nos, ręka, palec, jest. Tak, zgadza się, mój. Mogę więc założyć, że to było właśnie wtedy. A ja jak durna wlazłam do zdjęcia na tapczan i na nim pozuję. Co mi do głowy strzeliło? Odchyliłam brzeg sukienki i pozuję. Gdzie się tego nauczyłam?

Ktoś powinien mi wtedy uświadomić, powiedzieć. To jest ten moment, właśnie przestałaś być dzieckiem, od dziś jesteś osobą. Zobacz, a to jest twój kciuk, przyjrzyj mu się. Podoba ci się? Co o nim myślisz? Musisz się z nim zaprzyjaźnić, musisz. Bo ten palec to ty, już na zawsze.

693_alphileo.wordpress.com

669_alphileo.wordpress.com

670_alphileo.wordpress.com

Obudziłam się, bo góry patrzyły na mnie przez okno. Łagodne grzbiety gór, po których, wydaje się, można przesunąć dłonią jak po karku zwierzęcia. Góry są szorstkie w dotyku. Góry przeciągają się leniwie, jak je pogłaskać. Łaszą się. Nad górami, nad drzemiącymi górami zawisły chmury różnego rodzaju. Chmury gęste, różowe na brzegach, chmury postrzępione, sine i szare, i chmury najmniejsze, drobne pacnięcia chmurzego pyłu na niebie. Kolejne warstwy chmur, nałożone na siebie w boskim photoshopie. Nieprawdziwy, źle skomponowany obrazek, którego nie znajdzie się w turystycznych folderach czy na pocztówkach. Patrzę na to wszystko z daleka, mrużę oczy, żeby wyostrzyć detale. Oddzielam od siebie odcienie zieleni, liczę odcienie, stopniuję, dochodząc do żółci, a potem do czerni i okazuje się, że jest to jeden kolor, zróżnicowany jedynie przez gęstość drzew i splątanie gałęzi. Z daleka jest bezpiecznie. Obrazek wystawia się na moje spojrzenie. Zamykam oczy i próbuję odtworzyć z pamięci. Zaczynam dzień od porażki.

668_alphileo.wordpress.com

Na plażę jakby za karę poszliśmy. Poeta F., poeta M., Wojtek, Ola, ja na marginesie i nie zapominajmy o Yumi psie. Piasek był wszędzie, aż nazbyt wszędzie. Dziwiłam się. Nie za dużo piasku tego? Po co tyle go? W jednym miejscu po co tyle ktoś zgromadził?

Nie opalasz się? Nie, tylko plebs się opala. Oczywiście! Poeci też się nie opalają. Zgadza się.

Poeci noszą czarne tiszerty i palą czesterfildy.

565_poeci_alphileo.wordpress.com.

566_poeci_alphileo.wordpress.com.

567_poeci_alphileo.wordpress.com.

568_poeci_alphileo.wordpress.com.

569_poeci_alphileo.wordpress.com.

570_poeci_alphileo.wordpress.com.

571_poeci_alphileo.wordpress.com.

572_poeci_alphileo.wordpress.com

Miesiąc temu. W pociągu, piąta rano, dziennik będę pisać, myślę. Takie wydarzenie, aż się samo prosi. Zaczęłam – w pociągu. I na tym się skończyło. Bo takie wydarzenie. JK powiedział, ale możesz wszystko po powrocie opisać. Mogę, zgodziłam się wtedy. Ale teraz nie mogę.

* * * * * * * * * *

Wagon lotniczy, prawie pusty, ale ja muszę mieć oczywiście miejsce przed babą, która posapuje i pochrząkuje na dzień dobry. Jak tylko ruszamy, zasypia, a jak zasypia – to pochrapuje. Według najmodniejszych tendencji filozoficznych człowiek nie jest już rzeczą myślącą, ale ciałem doznającym. Na Centralnej stres, usiądzie ktoś koło mnie, czy nie, oby nie. Siada, na szczęście szczupły, odpada ryzyko, że zajmie przy okazji pół mojego siedzenia. Niestety zgodnie ze stereotypem – stylowe dżinsy, obcisły tiszert – rozkłada szeroko nogi i kładzie jedną rękę na kroczu. Kurwa. Wściekam się, on głośno przełyka. Sok. Ciało. Wcale nie ciało doznające, ale ciało doznania emitujące. Ciało ekspresywne, ekstrawertyczne ciało, co każdym doznaniem musi dzielić się ze światem. Ze mną czyli. Uciekam.
– Czy do Warsu to daleko?
– Oj daleko, ze cztery wagony.
Iść, nie iść, iść, nie iść. Kołyszę się w pół kroku, na korytarzu, z walizką. Walizka ciężka, pogłębia tylko moje wahanie. Iść, nie iść. Im dłużej stoję i się kiwam, tym bardziej nie wiem. Ruszam, powoli i elegancko, jakby to była super lekka i super poręczna walizka. W luźniejszym wagonie, w całkiem luźnym przedziale siadam. Błogość. Chyba że do tego Warsu wbić jednak, pana Budynia odnaleźć. Ale po kolei.

Dwie godziny snu, od pierwszej do trzeciej. Musi wystarczyć, myślę, walcząc z budzikiem. Kot spierdala pod fotel, potem na fotel i pod koc, chowa się, bunkruje. Łączy fakty, sprytna bestia jest. Łączy, dodaje fakt do faktu, walizkę dodaje do pobudki przed świtem, a to wszystko do mojej nerwowej bieganiny. Nie, nie, ja sama jadę, ty zostajesz tym razem – sięgam ręką pod koc. Ale ciało kota napięte, ciało kota nie rozumie, co mówię. Pierwszy raz uśmiecham się w taksówce. Po tygodniach czekania wyszczerzam się z rozmachem. Im bliżej było wyjazdu, tym bardziej ja spięta byłam, ciałem napiętym się stawałam. Bo wraz ze zmniejszaniem się liczby dni, napinała się cięciwa obowiązków. To ogarnąć, tamto ogarnąć. A to chociaż pobieżnie. Co się da, w tabelce przedstawić, życie swoje w excela przekształcić.

Elegancki dworzec wschodni. Osiadam w poczekalni, w ogóle nie śmierdzącej, bo oczywiście jestem za wcześnie. Zawsze. Za wcześnie zawsze wszędzie ja. Nawet jak się spóźniam, to jestem pięć minut przed czasem. Niemożliwe? A jednak. Pędzę, biegnę wykręcając kostki na bruku, drepczę pewna, że się spóźnię. Więc wysyłam smsa – sorry, ale chyba się spóźnię. I koniec końców jestem pięć minut wcześniej.
– Gratulujemy! Wygrywa pani pierwszą nagrodę w konkursie o tytuł paranoiczki roku. Proszę, oto pani nagroda – zegarek, który specjalnie dla pani ustawiliśmy 10 minut do przodu. Teraz ma pani pewność, że wszędzie będzie za wcześnie! Oklaski!

Nowoczesne okienka kasowe, nad którymi wyświetlają się numerki, jak na poczcie, a w tych okienkach sterczą głowy tlenione blond lub czarne. Dresiarz podchodzi. Czy trzeba to pisać? Wielu już o tym pisało. Bo on podchodzi na rozstawionych nogach, kołysząc się na boki. Czy taki elegancki dworzec działa na dresiarza nobilitująco? Czy jak jedzie do innego miasta, to opowiada:
– A u nas na wschodnim to jest teraz lepiej niż na centralce. Teraz my górą.
Kupił bilet. Najpierw się wahał, podejść do okienka czy nie, mój numer to, czy nie mój, ale podszedł, kupił, a jak kupił to uśmiechnął się. Uśmiechnął, bo ja wiem, jakoś tak nie po dresiarsku. Ale szybko odzyskał dawną twarz.
– I co, o której?
– Piąta trzynaście.
Rzucam spojrzeniem na ledowy rozkład. Jelenia Góra. Mogę teraz, dla zabicia czasu, zacząć sobie wyobrażać, co dwóch dresiarzy bez bagażu zamierza w Jeleniej Górze, ale poddaję się, nie mam siły, powieki opadają. Nie teraz, kiedy indziej sobie powyobrażam.

Mężczyzna wchodzi i wyrywa mnie, podrywa. Przed czterdziestką, łysy, ciemnawy na twarzy, z gitarą w pokrowcu. Gapię się, znam chyba, tę twarz kojarzę. Budyń to czy nie Budyń? Chcę podejść, zapytać:
– Przepraszam najuprzejmiej, czy pan Budyń?
Ale nie podchodzę. Gapię się tylko. Pan Budyń kupuje bilet, wychodzi i zaczyna się kręcić po dworcu, przechadza się. A ja się gapię. Potem gapię się na niego na schodach, potem na peronie i gapię się przechodząc do swojego wagonu. Okej, lubię ładnych ludzi. Lubię sobie na nich popatrzeć od czasu do czasu, ale powinnam zachować chociaż resztki przyzwoitości.

Peron pierwszy, tor taki a taki. Na lewo pociąg do Krakowa, na prawo do Jeleniej Góry. Ten z lewej – Smok Wawelski, ten z prawej – Śnieżka. Ale królewna Śnieżka? Nie dowierzam. W zakrzywionej rzeczywistości spotykają się smok ze Śnieżką. Dwie bajki mijają się, a ja wybieram swoją. Kraków.

* * * * * * * * * *

Kraków był tylko przystankiem. Gdzie indziej wydarzenie się wydarzyło.

549_najpierw_pociag_alphileo.wordpress.com.

550_najpierw_pociag_alphileo.wordpress.com.

551_najpierw_pociag_alphileo.wordpress.com.

552_najpierw_pociag_alphileo.wordpress.com.

553_najpierw_pociag_alphileo.wordpress.com

I jak ty sobie z tym poradzisz – powiedział raczej, niż zapytał. Nie dość, że nie zapytał, tylko stwierdził, jakby naturalne było, że sobie nie poradzę, to jeszcze nie powiedział: I jak my sobie z tym poradzimy. Nie. Zapytał, jak ja. Powiedział. Potem mówił jeszcze długo i długimi zdaniami z wieloma czasownikami, ale tego już teraz nie odtworzę, bo w pewnym momencie przestałam oczywiście słuchać. Zaszumiało w całej głowie i w calusieńkim ciele tak miękko się zrobiło. Nie da się słuchać w takich warunkach. Być może powiedział coś rozsądnego, i być może w to rozsądne wplótł także coś całkiem miłego. Nie wiem. Nie słyszałam. Bo mi szumiało. To bez znaczenia. Bo przecież, jak już się powiedziało, to nie ma co myśli rozwijać ani snuć czasowników. Nic nie zmienią one, te czasowniki. Bo już zostało powiedziane. Żadne mówienie tego nie cofnie.

Krzyczałam. I krzycząc, przeklinałam. Bo jak już się raz krzyknęło, to przekleństwa pojawiają się jako bezpośrednia konsekwencja. A nie warto walczyć z naturą rzeczy. Słów. Rzuciłam też jakimś przedmiotem, bo rzucanie samo do mnie przychodzi, gdy krzyczę i przeklinam, ale raczej wyszło to bez efektu. Rzucony notes, w którym notuję różne istotne notatki, głównie książki które muszę przeczytać albo sprowadzić z zagranicy i przeczytać, ale dosyć słabo mi to idzie, bo głównie zapisuję i ani nie czytam, ani nie sprowadzam, rzucony notes opadł na podłogę smętnym łukiem i upadając nie wydał żadnego ekspresyjnego dźwięku. Było tylko takie ciche plask. Pomyślałam, kurwa, ten notes, muszę w końcu zacząć czytać te wynotowane książki. On spojrzał na notes, a do mnie dotarło, że on pewnie nie wie, do czego mi on jest. Ten notes, do czego go używam. Jeszcze bardziej mi zaszumiało, ale jednocześnie – jakby ulżyło.

Przypomniałam sobie, że on ma na plecach znamię, a jak się śmieje, to brzydko odsłania zęby. Pijąc piwo z butelki, głośno przełyka. To już jest doprawdy – obrzydliwe.  Że nie umie dobrać zwykłego swetra do zwykłych spodni – nawet nie wspomnę.  Wzięłam notes z podłogi i zaczęłam notować: znamię, zęby, gulgotanie… On coś tam dalej mówił, ale nadaremno, bo nie zasługiwał już na moją uwagę. Nie zasługujesz już na moją uwagę, powiedziałam, a on ni to jęknął, ni to chrząknął. Debil, zapisałam. Bo on nie jest błyskotliwy. Jak go zaskoczyć, to w odpowiedzi przeważnie jęczy albo chrząka.

Spojrzałam mu w twarz i zobaczyłam obcą twarz. Pogratulowałam sobie zdolności do natychmiastowej rekonwalescencji, nawet jeżeli wkrótce okaże się, że gówno, a nie rekonwalescencja, że byłam po prostu w szoku, i chciałam pójść sobie, ale spostrzegłam, że nie mogę pójść sobie, bo to moje mieszkanie, moja kuchnia i mój stół kuchenny, przy którym on przed chwilą siedział i zajadał się ziemniakami z kefirem.

Cała sprawa jakoś się skończyła, ale nie warto opisywać, bo wiadomo, końcówka takich spraw jest zawsze rozlazła. Ktoś siada, ktoś jeszcze coś mówi, chce wyjść, wraca, wyjmuje przedmioty z kieszeni i upycha je z powrotem, szuka szalika, opiera się o ścianę i międli coś w rękach. W końcu, padają ostatnie słowa, które nie zasługują na miano słów ostatnich.

547_ostatnie_alphileo.wordpress.com.

548_ostatnie_alphileo.wordpress.comZ każdym kolejnym razem radzisz sobie coraz lepiej.