Archive

dysforia

Czy jeżeli zauważam, że pewne osoby, co tworzą lub w ogóle coś, cokolwiek powołują do istnienia, co reprezentuje szeroko pojętą dziedzinę „kultury jak również sztuki a i jeszcze humanistyki”, że te osoby jakoś tam funkcjonują i nawet ktoś tam się nimi interesuje, i są wydawane, publikowane, zapraszane, wystawiane, jeżeli zauważam, że te osoby są po prostu „durne”, a słowo to jest kwintesencją wszystkich braków, jakie zauważam, to czy a) jestem zazdrosna, b) jestem bardzo mądra, c) jestem stara i zgorzkniała, d) wszyscy jesteśmy wybrakowani, więc nasz osąd też jest wybrakowany, więc tak już być musi.

632_rozterka_alphileo.wordpress.com.

633_rozterka_alphileo.wordpress.com

Gdy byłam dzieckiem, czytywałam „Przygody Tomka Sawyera”, czytywałam też „Anię z Zielonego Wzgórza”. Tomek mi imponował, Ania wywoływała mentalny ból zębów. No ale czytałam, bo rodzice jakimś cudem zdobyli całą serię, a ja byłam grzecznym bachorem, więc nie chciałam im sprawić przykrości. Sądzę, że to doświadczenie ukształtowało moje oczekiwania jako dorosłego czytelnika. Ale o tym będzie inną razą. Póki co chcę skupić się jedynie na pewnym zjawisku określanym mianem „syndromu Ani z Zielonego Wzgórza”.

Otóż Anna miała taką przypadłość, że wszystkim, co tylko pomyślała, musiała natychmiast podzielić się ze światem.

Ponieważ od wielu lat badam ten problem, mam dosyć dobrze opracowaną metodologię. Dla porządku. Najpierw przeprowadzę analizę generalną. Będę używać słowa „kobieta”, ale opis tyczyć się będzie ludzi. W ogólności. W kolejnym kroku zaproponuję hipotezę badawczą odnośnie zastosowania dotychczasowych wyników osobno do kobiet i mężczyzn. Będzie to jedynie hipoteza, bo badanie jest w toku. Na koniec, zamiast podsumowania, będzie puenta.

Otóż kobiety (czyli jak zostało zaznaczone – ludzie) dzielą się na te, które cierpią na syndrom Ani z Zielonego Wzgórza (w skrócie SAZZW) i te które bynajmniej. Lata obserwacji przekonały mnie, że przypadki pośrednie nie istnieją. Jeżeli wydaje się nam, że jakaś baba (czyli osobnik) cierpi na SAZZW pośrednio, to prędzej czy później okazuje się, że jest tak albo siak.

Kobieta cierpiąca na SAZZW opowiadam nam, co robiła dzisiaj rano, dlaczego nie zrobiła tego czy tamtego, co ciekawego spotkało ją w godzinach obiadowych, a co natomiast tuż przed chwilą. A potem opowiada to wszystko jeszcze raz. Od początku. Żeby nam się utrwaliło.

Zwierza nam się ze swoich życiowych planów. Tych szczegółowych (jutro, next week, po nowym roku) oraz tych generalnych (czy bardziej etat, czy raczej freelance, nihilizm czy rodzina).

Streszcza swoje ostatnie przygody erotyczne. Bywa że powraca do romansów dawnych, jeżeli uznaje je za szczególnie atrakcyjne. Zdaje również szczegółową relację z wad i zalet wszystkich facetów, którzy – jak twierdzi – się w niej kochają. Oczywiście nie jest ważne, czy to nas obchodzi. Jeżeli nas te opowieści mierzą, możemy co najwyżej przewrócić znacząco oczami. Ryzykujemy jednak wtedy, że zostanie to odczytane jako wyraz podziwu.

Dalej. Relacjonuje nam spotkanie z Marylą, Ziutą i Kryśką. Zapomniawszy, że w ogóle ich nie znamy, a w naszym doświadczeniu toczą one żywot jedynie wirtualny: w barwnych opowieściach.

Mówi o polityce i zdrowiu, o filmie i pogodzie, o feng shui, o swoim smutku, o tym, z czym pić herbatę o smaku takim a takim oraz o tym, jakie wino ostatnio kupiła.

Gdyby chcieć dokonać podziału wedle płci, zasugerowałabym że kobiety SAZZW mówią bardziej o swoich emocjach. Doznaniach czyli. Mężczyźni SAZZW natomiast – o faktach. Wydarzeniach znaczy. Kiedy kobieta zwierza się, jakie uczucia wywołuje w niej aroganckie zachowanie szefa, mężczyzna szczegółowo relacjonuje ciąg zdarzeń, który uwikłał go w taki, czy inny konflikt. Kobieta będzie wzdychać: dlaczego, ach jakże, a gdyby tak, no przecież. Mężczyzna będzie oceniać, osądzać, rozstrzygać, dochodzić do wniosków.

Z uwagi na powyższe – tutaj kolejna hipoteza, pomocnicza – zaryzykowałabym stwierdzenie, że u faceta trudniej zdiagnozować SAZZW. Bo potrzebę mówienia o sobie ukrywa on pod pozornie obiektywnym ciągiem wypowiedzi o tym, jak się sprawy mają. Stąd, powszechnie panujący pogląd (jakże niesprawiedliwy!) głoszący, że SAZZW jest dolegliwością ściśle kobiecą. Jak na ten przykład histeria była.

485_SAZZW_alphileo.wordpress.com.

486_SAZZW_alphileo.wordpress.com.

487_SAZZW_alphileo.wordpress.com.

488_SAZZW_alphileo.wordpress.comZamiast wniosków.

Osoba SAZZW bez przerwy mówi na swój temat. Przez jej głowę przepływa rwący potok myśli, który wylewa się ustami. Wymiotuje swoimi opowieściami, co upodobnia ją do dekoracyjnego rzygacza wieńczącego ongiś rynny.

Osobnik cierpiący na SAZZW bywa inteligentny. Czasem nawet błyskotliwy. Ta choroba nie wyklucza się z umiejętnością używania mózgu. Nie zmienia to jednak faktu, że dla takiego kogoś będziesz tylko ścianą. On lub ona staje przed tobą i mówi. Wygłasza. Możesz darować sobie funkcję fatyczną. Bo SAZZW i tak nie zwraca uwagi, czy słuchasz. Kiedy masz do czynienia z chorym, wystarczy, że będziesz się w niego wpatrywać. W przypadkach skrajnych możesz nawet zaryzykować i patrzeć gdzie indziej. Ponad chorym i ponad jego monologiem.

Wpatruję się w pustą przestrzeń lub w głąb własnych myśli. Słowa szumią, a w moich wnętrznościach rozrasta się pustka. Medytuję. I w pewnym momencie, spoza rozszumianej ściany słów, dociera do mnie pytanie, konkretyzuje się: „A ty co tak nic nie mówisz?!”

Bo nie mam nic do powiedzenia – ripostuję.

I uśmiecham się szeroko, pełną piersią, z rozmachem!

Biały jest niefotogeniczny, biały pogrubia. Biały nie podoba mi się ze względów estetycznych.

Jako osoba z dyplomem w tym kierunku mogę pełnić rolę eksperta – w kwestii bieli, a więc także w kwestii śniegu wraz z jego nacechowaniem i brakiem zalet. Czy też brakiem w ogóle. Śnieg wybrakowuje rzeczywistość. Pod śniegiem rzeczywistość ginie, śnieg ją ukrywa, więc mniej jest jej. A jak czegoś jest mniej, to jest gorsze.

Poza tym w bieli zacierają się granice. Wszystko co białe traci kształt, fakturę, staje się rozmazaną i nudną plamą. Nie ma w tym nic ciekawego. Pod śniegiem nie wiadomo, gdzie jedna rzecz się kończy, a druga zaczyna. Pogubić się można, bo pod śniegiem jedno do drugiego jest tak podobne. Krzywdę sobie zrobić można, bo myślisz że to jeszcze chodnik, a to już ulica. I wzroku nie ma na czym zawiesić, nic wzroku ku sobie nie przyciąga. Biała plama miasta nie zasługuje na naszą uwagę.

I na koniec – biel ma tendencję do psucia się. Biel szybko szara się robi. Mankiety koszul – szarzeją. Firanki – szarzeją albo żółkną. Ściany, obrusy, prześcieradła, kartki papieru (kartki luzem i w książkach też) – brzydną. Ta zasada generalna stosuje się oczywiście do śniegu. Chyba nie muszę wymieniać, co ze śniegiem się robi, jak się zużyje. A z rzeczy białych śnieg zużywa się najszybciej.

Dlatego postuluję, żądam i oczekuję powrotu jesieni.

Jeżeli nie ma pytań z sali, to dziękuję za uwagę.

.

.

Umyć sitko. Dojechać z Grochowa na Chłodną, gdy budują drugą linię metra. Zrobić gnocchi. Położyć głowę na stopach (koty to potrafią). Zrobić zdjęcie Hindusowi. Obejrzeć „Kac Wawa”. Kupić prażynki, jeżeli lidl jest zamknięty. Zrobić zakupy w hipermarkecie. Zorganizować 5 festiwali. Doczekać się przelewu, czekając na przelew. Wymyślić, co jest trudne.