Archive

Monthly Archives: Lipiec 2014

Po wykonaniu wszystkich koniecznych telefonów, Zosiu, no wyjechałam już, wyjechałam, nie wiem, nie wiem, na razie nie ma opóźnienia, po znalezieniu kompromisu co do okna, jak szeroko otwarte, czy w ogóle, jak często, po wybraniu najdogodniejszych miejsc, tyłem do kierunku jazdy, przodem do kierunku jazdy, wszystko jedno, przy oknie, pod swoją walizką, naprzeciwko swojej walizki, po zjedzeniu, co kto miał najlepszego i czym mógł się poczęstować od drugiego, korniszon, kanapeczka, jabłko, mandarynka, słodziutka, bez pestek, pan weźmie, w przedziale zrobiło się cicho, a była to cisza wyczekująca, wiadomo, ktoś musi zacząć. Od kilku minut pociąg stał w środku niczego.
– Taka koza, pan popatrzy, to ma dopiero życie.

Popatrzyli wszyscy, przez okno, kozy pogryzały łąkę od niechcenia. Żując, unosiły głowę w górę, wzrok w kierunku nieba.
– Ja to bym jednak nie chciał na wsi mieszkać.
– A czy ja panu każę na wsi? O kozie mówię, o byciu kozą. Zupełnie inna kwestia.
– Czy ja wiem, o takiej kozie, co pan może wiedzieć, co ona sobie, taka koza, myśli? Nie da się.
– A ja sobie właśnie myślę, co koza, potrafię. Że ona się na przykład nie martwi wcale, niczym, bo wszystko kozie jest podane na tacy.
– Jakiej tacy?
– Na łące jak na tacy, pan popatrzy.

Znowu popatrzyli wszyscy. O czym koza myśli, próbowali się domyślić. Jedna z kóz, obżarta trawą najwyraźniej, podskakiwała pod niebo, dość wysoko i bez celu.
– Patrzę przecież. W mojej opinii, proszę pana, koza to durne jest zwierzę. Pan popatrzy na tamtą, kretynka.
– Może się cieszy? Ja uważam, że to są skoki radości.
– Jeszcze mi pan o niuansach zacznie gadać. Radość beztroska, radość podszyta strachem, radość wbrew nieszczęściu. Co? Myśli pan?
– Myślę. A pan myśli, że koza, prosta, polska koza, nie byłaby zdolna do niuansów?
– Ja nic nie myślę, proszę pana. Co najwyżej, że pan chyba nie ma o czym myśleć. Koza, też mi problem.
– Oczywiście, dla pana koza to jest żaden problem. Pan nie chciałby być kozą. Nie mógłby.
– Ja bym nie mógł? Proszę pana. Jak ja bym był kozą, to by pan dopiero zobaczył!
– Co by mi pan pokazał, no, co?
– Przede wszystkim zawsze znajdowałbym najlepszą trawę, młodą, najsłodszą. Pokazywałbym tę trawę stadu, dzięki czemu stado by miało u mnie dług wdzięczności, więc mógłbym z tego czerpać korzyści.
– Materialne?
– Nie, wie pan, bardziej na zasadzie barteru. Coś za coś. Trawa za wodę. Albo wie pan.
– Nie wiem.
– No wiem pan, przecież. Kozy to chyba jak te przysłowiowe króliki, nie?
– Co króliki?
– Się rypią.
– Ależ, proszę pana, tak przy damach?

Rzeczywiście, w przedziale oprócz dwóch panów były same damy. W różnym wieku i w różnym stopniu oburzenia. Odezwała się najmłodsza, bo pozostałe patrzyły po sobie, w podłogę, w paznokcie. Dama w średnim wieku rozłożyła ostentacyjnie gazetę.
– A wiedzą panowie, że nie można wiedzieć, jak to jest być kozą? Amerykański filozof, Thomas Nagel, w swoimi słynnym artykule zatytułowanym „Jak to jest być nietoperzem?” postawił właśnie taką tezę.
– O kozach?
– Nie, o nietoperzach. Ale to można potraktować analogicznie.

Panowie prychnęli, ich prychnięcia były zgodne, więc jeden mrugnął do drugiego. Najmłodsza dama nie zwróciła uwagi na zniuansowanie i podtekst prychnięć. Kontynuowała wykład.
– Więc Thomas Nagel, filozof umysłu, argumentuje, że nawet jak sobie wyobrazimy siebie jako istotę ślepą, bez rąk, za to ze skrzydłami, to zrozumiemy co najwyżej, jak to jest być w ciele nietoperza. Czyli jakby to człowiek czuł się, będąc nietoperzem. Ale nie zrozumiemy, jak to jest być nietoperzem, będąc nim samym. I podobnie będzie z kozą.
– Z kozą? Panienka szanowna twierdzi, że tamten filozof od głowy, że mu się wydaje, że z nietoperzem to tak samo jak z kozą? Nie jest mądry w ogóle ten pani filozof. Przecież to zupełnie inne zwierzęta są.
– Odrębne – pan drugi zgodził się z pierwszym i odmrugnął.
– No. Bo przede wszystkim, koza to ssak, a nietoperz to… – zawiesił głos, zdezorientowany.
– Też ssak, panie kochanieńki – najstarsza dama aż poczerwieniała z dumy.
– Panowie nie zrozumieli, on twierdzi zupełnie coś innego – najmłodsza już się prawie uniosła, już chciała dalej.
– Ja tam swoje wiem – pan pierwszy wykonał gest ręką, który miał jakoby symbolizować, jak rozległa jest jego wiedza. – A ten pani filozof, to też mógłby się zająć poważniejszymi sprawami. Nietoperz, no kto to widział?
– Ja widziałam nie raz, bo u mnie po podwórku latają – dama najstarsza splotła ramiona na brzuchu i popatrzyła po wszystkich spojrzeniem, które też wie i niejedno widziało. Dama najmłodsza przewróciła oczami. Wszyscy milczeli skrępowani.
– Jakby porównać kozę z nietoperzem – pan pierwszy doszedł jednak do jakiegoś wniosku – to ja sądzę, że koza jest jednak bardziej szczęśliwsza.
– Jasna rzecz – drugi podchwycił – bo nietoperz, wiadomo, nikt nie lubi nietoperzy.
– Ach, czyli pan jednak dopuszcza u zwierząt niuanse?
– Ja?!
– Bo według pana ludzka niechęć ma wpływ na poziom nietoperzej szczęśliwości.
– Pan mi wsadza w usta myśli, których nie mam. Filozofowanie takie – pan drugi obruszył się, bo uznał, że wszyscy w przedziale się przeciwko sprzysięgli.
– Ale wracając do kóz.

Wszyscy posłusznie popatrzyli przez okno. Kóz już nie było. Westchnęli.
– Poszły sobie.
– Pobiegły.
– Ciekawe gdzie?
– Głupie kozy, to polazły gdzie bądź – pan drugi postanowił trwać w opozycji.
– Sam pan jesteś głupi. Koza to mądre zwierzę, ma swoje sprawy, codziennie, wiele spraw musi załatwić.
– Sprawy? Jaki panie sprawy? Tylko spać i żreć. I to trzecie – zarechotał.
– O, sarenka! – powiedziała dama najstarsza, więc wszyscy znowu przez okno, zgodnie, i uśmiech też był ich zgodny.

Sarenka zatrzymała się pod lasem. Ale na krótko. Podskoczyła i zaczęła biec w stronę ściany drzew. Pan drugi klasnął w dłonie.
– Ale zapierdala. Jak durna.

667_alphileo.wordpress.com