Archiwum

Monthly Archives: Czerwiec 2014

Cały Wars trawił schabowe. Niektórzy udawali, że piją kawę, inni udawali autyków. Tamtych było trzech. Stanęli pod ścianą, jedną ręką chwytali dla równowagi a to własny bok, a to blat stołu, a to poręcz, w drugiej ściskali kubki z cieczą moczopędną i moczopodobną. Pierwszy próbował wybrać numer, drugi próbował wygrzebać coś z pępka, trzeci próbował albo zasnąć albo nie zasnąć. Trudno było rozstrzygnąć.
– Nie dzwonię, kurwa – pierwszy.
– Nie zasypiaj – drugi do trzeciego.
– Co ty pierdolisz? – trzeci się ocknął.
– No co, no co?
– Bo jak nie, to ja zadzwonię.
– Dzwonię!
– Dzwoń – trzeciemu głowa ciążyła, a kubek przechylał się w dłoni z miękkim nadgarstkiem.
Pierwszy dzwoni, mówi, słucha, mówi, słucha, w końcu krzyczy.
– Jebać frajera! Niech się dzieje, co chce. A ja przy tobie w szpitalu byłem, kurwo – rozłączył się.

Cały Wars spojrzał na niego ze współczuciem. Drugi i trzeci zerkali po sobie, w podłogę, w okna. Drugi podrapał się po brzuchu. Pociąg wjechał w pole rzepaku, po wagonie przeszedł pomruk zadowolenia. Pociąg wjechał w nieskalanie zieloną łąkę, z jednej strony trawa, z drugiej strony trawa. Nic tylko trawa, trawa, trawa. Pierwszy wyraźnie się uspokoił, trzeciemu znowu opadła głowa, pociąg szumiał i postukiwał rytmicznie. Trawa, trawa, trawa. Drugi skinął do pierwszego:
– Zobacz, jaka fajna łąka. Jak z pocztówki.
Pierwszy wykrzywił usta w grymasie.
– Jak z Windowsa chyba.

Nad trawą unosiły się chmury kłębiaste, niektóre mniej, inne bardziej, chmury kłębiaste, te najładniejsze. Między trawą a chmurami unosiła się grupka ptaków, srebrzyły się w słońcu. Drugi jakby westchnął.
– I wiatraki
– Co?
– Wiatraki.
– Tak.

Cały Wars ucichł, zaczarowany. Nikt nie postukiwał łyżeczką, nie szeleścił gazetą, nie szurał bagażem. Drugi znowu szturchnął pierwszego.
– Krowa.
– Gdzie?
– Tam.
– Nie widzę.
– Tu druga.
– Druga.
– Krowa, krowa, krowa.
– Trawa, trwa, trawa.

Cały Wars uśmiechał się do własnych myśli. Pasażerowie wyglądali jak z reklamy albo z folderu turystycznego, opowiadającego o szczęśliwych ludziach i ich beztroskich wycieczkach. Drugi ni to chrząknął, ni to się zaśmiał.
– Te, Roman!
– Co, Roman?
– Zobacz.
– Co?
– Roman usnął. Na stojąco.

662_alphileo.wordpress.com