baran a sprawa polska

Targ odbywał się zawsze w sobotę. Gromadził całą wieś na głównym placu, który zwykle był zwykłym placem, na którym nic niezwykłego się nie działo, czasem tylko jakaś para nastolatków z dwóch krańców wsi urządzała sobie tam schadzkę, pod studnią, a konkretnie na lewo od studni, na lewo – patrząc od północnego krańca wsi, bo było tam takie wygodne zagłębienie u podnóża, w ziemi, gdzie można było usiąść, zagłębić się, pić piwo łomża i całować do białego rana, a czasem nawet podotykać pod ubraniem.

Więc targ był zawsze w sobotę. Na targ każdy przynosił co miał najlepszego. Były oczywiście jaja prosto od kury, czyli w takich brudnych skorupkach, dopiero co spod kury wyrwane, umorusane jej odchodami, ciepłe jeszcze od ciepła kury albo odchodów. Pan Chodakowski przynosił naręcze kiełbas wędzonych ze świni, ostro przyprawianych, cała wieś je kochała, a pani Krystyna – naręcze serwet wyszywanych własnymi rękoma w kwiaty, ornamenty oraz podobizny papieża Polaka. Młodzi handlowali płytami cd w popękanych pudełkach i papierosami. Jednak najważniejszy zawsze był baran. Król baranów z hodowli Marcina znad rzeki, nie mylić z Marcinem ze wzgórza, wybierany raz na kwartał na okazję publicznego uboju. Cała wieś to kochała.

Jednak problem polegał na tym, że cokwartałowa sobota przypadła na dzień 3 maja. Nie dość, że nie było pewności, czy w święto narodowe można w ogóle urządzić targ – proboszcz milczał, sołtys napisał do starosty, starosta nie odpowiedział, bo był długi weekend – to jeszcze pojawiła się kontrowersja związana z baranem, którego krew miałaby przy święcie wytrysnąć na bruk. Bo plac główny był akurat wybrukowany, chociaż nie osiągnięto jak dotąd porozumienia, czy była to bardziej zasługa proboszcza czy sołtysa. Targ się odbył tej soboty, zgromadził nawet calutką wieś, za wyjątkiem proboszcza i sołtysa, która w skupieniu i z założonymi rękami obserwowała Marcina prowadzącego znad rzeki króla baranów.

Było pogodnie, chociaż zapowiadano burzę. Marcin ocierał pot z czoła, chociaż pogoda nie była wcale burzowa. Rześki wiatr poruszał flagą wbitą u szczytu studni. Ktoś się zaśmiał, ale zaraz tego pożałował. Stanąwszy pod studnią, Marcin pomyślał, jak wielka jest w tym momencie jego władza, że unosząc nad głowę nóż błyszczący w słońcu diamentowym światłem, ustanawia nowe prawo, że właściwie może ustanowić jakiekolwiek prawo, bo wszyscy na to czekają, cała wieś czeka. Co myślał baran, nikt nie wiedział. Z uniesioną ręką Marcin czekał na znak. Baran spojrzał mu w oczy i odsunął się o krok. Marcin zrozumiał. Opuścił nóż, z drugiej ręki wyrzucił sznur, a baran postąpił kolejne dwa kroki. Tłum zgromadzony wokół studni również zrozumiał i rozstąpił się, żeby zrobić przejście dla króla baranów, najważniejszego z władców, ostatecznego prawodawcy. W czasie, kiedy baran biegł brukiem, drogą, ścieżkami, między wzgórzami, mieszkańcy rozchodzili się do domów, dzwony kościelne zaczęły bić, a flaga wystrzeliła w niebo porywem wiatru.

Warszawa-Banica, czerwiec 2013

555_baran_pociag_alphileo.wordpress.com.

556_baran_pociag_alphileo.wordpress.com.

557_baran_pociag_alphileo.wordpress.com.

558_baran_pociag_alphileo.wordpress.com

Reklamy

Napisz coś

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s