Archiwum

Monthly Archives: Wrzesień 2013

Na plażę jakby za karę poszliśmy. Poeta F., poeta M., Wojtek, Ola, ja na marginesie i nie zapominajmy o Yumi psie. Piasek był wszędzie, aż nazbyt wszędzie. Dziwiłam się. Nie za dużo piasku tego? Po co tyle go? W jednym miejscu po co tyle ktoś zgromadził?

Nie opalasz się? Nie, tylko plebs się opala. Oczywiście! Poeci też się nie opalają. Zgadza się.

Poeci noszą czarne tiszerty i palą czesterfildy.

565_poeci_alphileo.wordpress.com.

566_poeci_alphileo.wordpress.com.

567_poeci_alphileo.wordpress.com.

568_poeci_alphileo.wordpress.com.

569_poeci_alphileo.wordpress.com.

570_poeci_alphileo.wordpress.com.

571_poeci_alphileo.wordpress.com.

572_poeci_alphileo.wordpress.com

No i poszliśmy.

Szliśmy jak ci, wiecie, bohaterowie „Dyskretnego uroku burżuazji”. Tam jest scena taka, nie, nie ta z kurczakami w teatrze, tylko ta, że oni tak idą. Ciągle i bez sensu. Nie no, nie wiem gdzie idą, nie pamiętam, dawno to widziałam. Szliśmy i robiło się coraz bardziej surrealistycznie, jak w tym filmie całkiem. Bardzo chciało nam się jeść, bo nikt z tej całej wycieczki nie pomyślał o kanapkach na drogę. Nikt też nie pomyślał, że dojść to jedno, ale przecież trzeba jeszcze wrócić, nie? A jakby tego było mało, to jeszcze w pewnym momencie straciliśmy rozeznanie, czy idziemy gdzieś, zmierzamy, czy już wracamy.

Kiedy doszliśmy do podnóża masywu, co?, no masywu, masyw to taka rodzina gór, więc kiedy byliśmy u ich podnóża, to ona zapytała: „Ale z oliwkami zrobimy czy bez?” Na co on: „Z oliwkami, oliwka to warzywo.” „Ale w jakiej nomenklaturze?!” – tamten krzyknął, że aż przystanęliśmy. Na szczęście tylko na chwilę, bo głód dodawał nam skrzydeł.

Potem, jak stanęliśmy u podnóża pierwszego wniesienia, tamten powrócił do tematu: „Bo oliwka to owoc, a nie warzywo.” „Ale według kogo?” – zapytałam. „Czego?” – ktoś podchwycił. „Bo jak według półek w hipermarkecie, to oliwka jest warzywem. Bo słoiki z oliwkami zawsze stoją koło słoików z ogórkami. A ogórki to warzywo. Ergo…” Brnęliśmy dalej, przed siebie i nie oglądając się za siebie, bo jak się nie wie, czy się idzie, czy wraca, to bezpieczniej nie zmieniać kierunku, żeby nie krążyć w kółko.

Doszliśmy do podnóża takich wzgórz, zielonych i całkiem łagodnych, więc raczej miło nam się brnęło dalej. Brnęliśmy przed siebie i w pytania. On wrócił jednak, ale na szczęście tylko do tematu: „Ale ty używasz słowa owoc w dwóch różnych znaczeniach! Bez sensu. Jak tak myśleć, to można powiedzieć, że każde warzywo jest owocem. Owocem w odróżnieniu od liścia czy korzenia.” Cisza. „No nie?” „Wcale że nie!” – tamta odezwała się po raz pierwszy. „A ziemniak?” „Co ziemniak?” „Ziemniak niby warzywo, a nie jest owocem, tylko bulwą.”

Droga pięła się coraz wyżej i wyżej, a my wraz z nią, pięliśmy się i pięliśmy po drabinie argumentacji. „Słuchajcie…” – wydyszałam z siebie, bo w końcu wspięliśmy się po tych niby łagodnych, ale jednak zdradziecko łagodnych wzgórzach do podnóża ekstremalnie górzystej góry. „Słuchajcie, a czy przypadkiem ziemniak to nie roślina?” „O matko! Zgłupiałaś? Pewnie, że roślina, ale tylko z pewnego punktu widzenia.” „Jakiego?” – nie ustępowałam. „W odróżnieniu od schabowego na przykład!”

Obeszliśmy górę dookoła, chociaż jeżeli chodzi o temat to zdawało się, że powoli docieramy do sedna. Jak ją obeszliśmy, okazało się, że stanęliśmy u podnóża skały, skały, która stanęła przed nami ścianą, a my u podnóża tej ściany stanęliśmy. Widok był zarazem piękny jak i przerażający. „Nie” – powiedziałam. „Nie, nie, nie. Ziemniak to nie roślina, bo rośliny składają się głównie z błonnika, a ziemniak to głównie z węglowodanów się składa”. „Błooonnika?” – tamta zadarła głowę wysoko, bardzo wysoko, jakby w poszukiwaniu krańca skały. „A tak właściwie… To co to jest błonnik?”

Spojrzeliśmy tam gdzie tamta, za jej wzrokiem podążyliśmy. Skała była ścianą odgradzającą od nie wiadomo czego, ściana była murem nie do przejścia, a głód w naszych brzuchach narastał, a pytania mnożyły się w nieskończoność.

Warszawa-Banica, czerwiec 2013

560_pod_pociag_alphileo.wordpress.com.

561_pod_pociag_alphileo.wordpress.com.

562_pod_pociag_alphileo.wordpress.com.

563_pod_pociag_alphileo.wordpress.com.

564_pod_pociag_alphileo.wordpress.com

Do kubka przyklejona była kartka: „Z każdym napiwkiem Justin Bieber obumiera odrobinę”.

O Justynie Biberze wiedziałem tyle tylko, że był blondynem, że był młodym oraz że był idolem nastolatków płci obojga. O małych śmierciach wiedziałem natomiast, że jakkolwiek samo pojęcie jest dość poręczne, to mówi tyle, co nic (dużo mniej na przykład niż pojęcie śmierci klinicznej i pojęcie śmierci męczeńskiej), przez co właśnie stanowi ulubione pojęcie grafomanów przekonanych, że tajemnica tragicznej natury egzystencji została im objawiona.

O tragicznej naturze egzystencji wiedziałem niewiele. Być może, gdybym znał twórczość Justyna, więcej rozumiałbym z egzystencji. Samotność rozumiałbym – „Och nie, nie mam żadnej opieki na tym świecie. Miałbym ją, gdybyś była tutaj”. Lęk bym rozumiał – „I potrząśnij mną zanim obudzisz mnie z tego złego snu. Gdy będę spadał niżej, niżej, niżej i niżej.” Jak również, czym jest miłość, też bym wiedział – „Tak długo, jak mnie kochasz, możemy głodować, możemy być bezdomni, możemy być spłukani.”

Kim jest Justyn nie wiedziałem, bo słuchałem głównie Bacha. W kwestii małych śmierci wolałem się nie wypowiadać, bo nie miałem pewności, czy to jest najskuteczniejszy sposób na podryw. A egzystencja była dla mnie mało jasna, ponieważ za każdym razem, gdy próbowałem być sobą – czyli młodym, ale nieco smutnym i rozdartym już wewnętrznie – okazywało się, że nikt mnie rozumie, bo kiedy stwierdzałem, że życie to jest takie a takie, mówiono mi, że używam nie tych przymiotników co trzeba.

Gdyby moja wiedza była nieco bardziej wszechstronna, zrozumiałbym, jak niedoceniany jest Justyn, jak niesprawiedliwie traktowany jest i pogardliwie tym życzeniem śmierci, choćby nawet małej. Gdybym świat widział poza „Wariacjami Goldbergowskimi”, to wczułbym się w sytuację Justyna – bratniej duszy – który zamknięty w pałacu z dolców płacze w poduszkę, gryzie ściany, bo dociera do niego, że (cytat) „morza naszej osobistej egzystencji, w które jako pierwsi się wdarliśmy, nigdy nie są spokojne i ciche, lecz zawsze rozbrzmiewają powszedniością” (koniec cytatu).

– Co u ciebie? – barmanka wyrwała mnie z rozmyślań, których nie mogłem jeszcze wówczas prowadzić, bo wszystko to uświadomiłem sobie chwilę później, kiedy uświadomiłem sobie, że jestem kretynem.
– Wczoraj umarła kolejna cząstka mnie.
– Co DLA ciebie, pytałam.
Patrzyłem jej chwilę w oczy, szukając iskierki porozumienia. Wydawało mi się, że długo patrzyłem, ale nie – krótko. Ktoś przepchnął się przede mnie i zamówił sex on the beach.

Warszawa-Banica, czerwiec 2013

559_bieber_pociag_alphileo.wordpress.com

Targ odbywał się zawsze w sobotę. Gromadził całą wieś na głównym placu, który zwykle był zwykłym placem, na którym nic niezwykłego się nie działo, czasem tylko jakaś para nastolatków z dwóch krańców wsi urządzała sobie tam schadzkę, pod studnią, a konkretnie na lewo od studni, na lewo – patrząc od północnego krańca wsi, bo było tam takie wygodne zagłębienie u podnóża, w ziemi, gdzie można było usiąść, zagłębić się, pić piwo łomża i całować do białego rana, a czasem nawet podotykać pod ubraniem.

Więc targ był zawsze w sobotę. Na targ każdy przynosił co miał najlepszego. Były oczywiście jaja prosto od kury, czyli w takich brudnych skorupkach, dopiero co spod kury wyrwane, umorusane jej odchodami, ciepłe jeszcze od ciepła kury albo odchodów. Pan Chodakowski przynosił naręcze kiełbas wędzonych ze świni, ostro przyprawianych, cała wieś je kochała, a pani Krystyna – naręcze serwet wyszywanych własnymi rękoma w kwiaty, ornamenty oraz podobizny papieża Polaka. Młodzi handlowali płytami cd w popękanych pudełkach i papierosami. Jednak najważniejszy zawsze był baran. Król baranów z hodowli Marcina znad rzeki, nie mylić z Marcinem ze wzgórza, wybierany raz na kwartał na okazję publicznego uboju. Cała wieś to kochała.

Jednak problem polegał na tym, że cokwartałowa sobota przypadła na dzień 3 maja. Nie dość, że nie było pewności, czy w święto narodowe można w ogóle urządzić targ – proboszcz milczał, sołtys napisał do starosty, starosta nie odpowiedział, bo był długi weekend – to jeszcze pojawiła się kontrowersja związana z baranem, którego krew miałaby przy święcie wytrysnąć na bruk. Bo plac główny był akurat wybrukowany, chociaż nie osiągnięto jak dotąd porozumienia, czy była to bardziej zasługa proboszcza czy sołtysa. Targ się odbył tej soboty, zgromadził nawet calutką wieś, za wyjątkiem proboszcza i sołtysa, która w skupieniu i z założonymi rękami obserwowała Marcina prowadzącego znad rzeki króla baranów.

Było pogodnie, chociaż zapowiadano burzę. Marcin ocierał pot z czoła, chociaż pogoda nie była wcale burzowa. Rześki wiatr poruszał flagą wbitą u szczytu studni. Ktoś się zaśmiał, ale zaraz tego pożałował. Stanąwszy pod studnią, Marcin pomyślał, jak wielka jest w tym momencie jego władza, że unosząc nad głowę nóż błyszczący w słońcu diamentowym światłem, ustanawia nowe prawo, że właściwie może ustanowić jakiekolwiek prawo, bo wszyscy na to czekają, cała wieś czeka. Co myślał baran, nikt nie wiedział. Z uniesioną ręką Marcin czekał na znak. Baran spojrzał mu w oczy i odsunął się o krok. Marcin zrozumiał. Opuścił nóż, z drugiej ręki wyrzucił sznur, a baran postąpił kolejne dwa kroki. Tłum zgromadzony wokół studni również zrozumiał i rozstąpił się, żeby zrobić przejście dla króla baranów, najważniejszego z władców, ostatecznego prawodawcy. W czasie, kiedy baran biegł brukiem, drogą, ścieżkami, między wzgórzami, mieszkańcy rozchodzili się do domów, dzwony kościelne zaczęły bić, a flaga wystrzeliła w niebo porywem wiatru.

Warszawa-Banica, czerwiec 2013

555_baran_pociag_alphileo.wordpress.com.

556_baran_pociag_alphileo.wordpress.com.

557_baran_pociag_alphileo.wordpress.com.

558_baran_pociag_alphileo.wordpress.com