Archiwum

Monthly Archives: Lipiec 2013

Miesiąc temu. W pociągu, piąta rano, dziennik będę pisać, myślę. Takie wydarzenie, aż się samo prosi. Zaczęłam – w pociągu. I na tym się skończyło. Bo takie wydarzenie. JK powiedział, ale możesz wszystko po powrocie opisać. Mogę, zgodziłam się wtedy. Ale teraz nie mogę.

* * * * * * * * * *

Wagon lotniczy, prawie pusty, ale ja muszę mieć oczywiście miejsce przed babą, która posapuje i pochrząkuje na dzień dobry. Jak tylko ruszamy, zasypia, a jak zasypia – to pochrapuje. Według najmodniejszych tendencji filozoficznych człowiek nie jest już rzeczą myślącą, ale ciałem doznającym. Na Centralnej stres, usiądzie ktoś koło mnie, czy nie, oby nie. Siada, na szczęście szczupły, odpada ryzyko, że zajmie przy okazji pół mojego siedzenia. Niestety zgodnie ze stereotypem – stylowe dżinsy, obcisły tiszert – rozkłada szeroko nogi i kładzie jedną rękę na kroczu. Kurwa. Wściekam się, on głośno przełyka. Sok. Ciało. Wcale nie ciało doznające, ale ciało doznania emitujące. Ciało ekspresywne, ekstrawertyczne ciało, co każdym doznaniem musi dzielić się ze światem. Ze mną czyli. Uciekam.
– Czy do Warsu to daleko?
– Oj daleko, ze cztery wagony.
Iść, nie iść, iść, nie iść. Kołyszę się w pół kroku, na korytarzu, z walizką. Walizka ciężka, pogłębia tylko moje wahanie. Iść, nie iść. Im dłużej stoję i się kiwam, tym bardziej nie wiem. Ruszam, powoli i elegancko, jakby to była super lekka i super poręczna walizka. W luźniejszym wagonie, w całkiem luźnym przedziale siadam. Błogość. Chyba że do tego Warsu wbić jednak, pana Budynia odnaleźć. Ale po kolei.

Dwie godziny snu, od pierwszej do trzeciej. Musi wystarczyć, myślę, walcząc z budzikiem. Kot spierdala pod fotel, potem na fotel i pod koc, chowa się, bunkruje. Łączy fakty, sprytna bestia jest. Łączy, dodaje fakt do faktu, walizkę dodaje do pobudki przed świtem, a to wszystko do mojej nerwowej bieganiny. Nie, nie, ja sama jadę, ty zostajesz tym razem – sięgam ręką pod koc. Ale ciało kota napięte, ciało kota nie rozumie, co mówię. Pierwszy raz uśmiecham się w taksówce. Po tygodniach czekania wyszczerzam się z rozmachem. Im bliżej było wyjazdu, tym bardziej ja spięta byłam, ciałem napiętym się stawałam. Bo wraz ze zmniejszaniem się liczby dni, napinała się cięciwa obowiązków. To ogarnąć, tamto ogarnąć. A to chociaż pobieżnie. Co się da, w tabelce przedstawić, życie swoje w excela przekształcić.

Elegancki dworzec wschodni. Osiadam w poczekalni, w ogóle nie śmierdzącej, bo oczywiście jestem za wcześnie. Zawsze. Za wcześnie zawsze wszędzie ja. Nawet jak się spóźniam, to jestem pięć minut przed czasem. Niemożliwe? A jednak. Pędzę, biegnę wykręcając kostki na bruku, drepczę pewna, że się spóźnię. Więc wysyłam smsa – sorry, ale chyba się spóźnię. I koniec końców jestem pięć minut wcześniej.
– Gratulujemy! Wygrywa pani pierwszą nagrodę w konkursie o tytuł paranoiczki roku. Proszę, oto pani nagroda – zegarek, który specjalnie dla pani ustawiliśmy 10 minut do przodu. Teraz ma pani pewność, że wszędzie będzie za wcześnie! Oklaski!

Nowoczesne okienka kasowe, nad którymi wyświetlają się numerki, jak na poczcie, a w tych okienkach sterczą głowy tlenione blond lub czarne. Dresiarz podchodzi. Czy trzeba to pisać? Wielu już o tym pisało. Bo on podchodzi na rozstawionych nogach, kołysząc się na boki. Czy taki elegancki dworzec działa na dresiarza nobilitująco? Czy jak jedzie do innego miasta, to opowiada:
– A u nas na wschodnim to jest teraz lepiej niż na centralce. Teraz my górą.
Kupił bilet. Najpierw się wahał, podejść do okienka czy nie, mój numer to, czy nie mój, ale podszedł, kupił, a jak kupił to uśmiechnął się. Uśmiechnął, bo ja wiem, jakoś tak nie po dresiarsku. Ale szybko odzyskał dawną twarz.
– I co, o której?
– Piąta trzynaście.
Rzucam spojrzeniem na ledowy rozkład. Jelenia Góra. Mogę teraz, dla zabicia czasu, zacząć sobie wyobrażać, co dwóch dresiarzy bez bagażu zamierza w Jeleniej Górze, ale poddaję się, nie mam siły, powieki opadają. Nie teraz, kiedy indziej sobie powyobrażam.

Mężczyzna wchodzi i wyrywa mnie, podrywa. Przed czterdziestką, łysy, ciemnawy na twarzy, z gitarą w pokrowcu. Gapię się, znam chyba, tę twarz kojarzę. Budyń to czy nie Budyń? Chcę podejść, zapytać:
– Przepraszam najuprzejmiej, czy pan Budyń?
Ale nie podchodzę. Gapię się tylko. Pan Budyń kupuje bilet, wychodzi i zaczyna się kręcić po dworcu, przechadza się. A ja się gapię. Potem gapię się na niego na schodach, potem na peronie i gapię się przechodząc do swojego wagonu. Okej, lubię ładnych ludzi. Lubię sobie na nich popatrzeć od czasu do czasu, ale powinnam zachować chociaż resztki przyzwoitości.

Peron pierwszy, tor taki a taki. Na lewo pociąg do Krakowa, na prawo do Jeleniej Góry. Ten z lewej – Smok Wawelski, ten z prawej – Śnieżka. Ale królewna Śnieżka? Nie dowierzam. W zakrzywionej rzeczywistości spotykają się smok ze Śnieżką. Dwie bajki mijają się, a ja wybieram swoją. Kraków.

* * * * * * * * * *

Kraków był tylko przystankiem. Gdzie indziej wydarzenie się wydarzyło.

549_najpierw_pociag_alphileo.wordpress.com.

550_najpierw_pociag_alphileo.wordpress.com.

551_najpierw_pociag_alphileo.wordpress.com.

552_najpierw_pociag_alphileo.wordpress.com.

553_najpierw_pociag_alphileo.wordpress.com

Reklamy