Archive

Monthly Archives: Styczeń 2013

Ostrzegam. Poniższy tekst jest nudny i najpewniej pozbawiony puenty. Nie wiem, nie mam pewności, dopiero zaczynam go pisać, ale coś czuję, że puenty jednak nie będzie. Że to nie jest jeden z tych tekstów przemyślanych, momentami dowcipnych, a momentami smutnych. Więc żeby nie było – ostrzegam.

Jak miałam uraz czy kontuzję, nie wiem jak się mówi poprawnie, tak by oddać sedno, więc gdy pewnego dnia zepsuł mi się kręgosłup, stwierdziłam, że już nic gorszego na ciele nie może mnie spotkać. Zepsuł się w jednym miejscu, potem chodziłam na masaże, masaże były drogie, ale zapłacił pracodawca, jako że wcześniej oczekiwał, iż będę pracować 18 godzin dziennie, nie, nie worki nosić, tylko nakurwiać w klawiaturę. Więc ja z kolei oczekiwałam zadośćuczynienia. Moje tupnięcie nogą obróciło się przeciwko mnie. Zamiast lekkiego bólu w lędźwiach, masażysta zafundował mi rozsadzający mózg i duszę ból w szyi. Potem dowiedziałam się, że masaże to niekoniecznie dla każdego. Masażysta (dla zainteresowanych i pełnych obaw mogę podać, gdzie go znaleźć, byście mogli go nie znaleźć) za jakieś 1000 zeta (nie moje) zafundował ból wszech czasów. W nocy budził mnie mój własny krzyk. Lekko nie było.

Potem chodziłam na rehabilitację. W ramach enefzetu, więc urządzenia na których mnie rehabilitowano pamiętały drugą wojnę światową. Ale nic to. Było bardzo wesoło i pomogło. Ja miałam dość prosto. Leżąc na plecach, kładłam tylko głowę na takim jakby wieszaku i kręciłam nią. W prawo, w lewo, w górę, w dół… W tej samej sali spotykałam faceta, który zawsze wisiał do góry nogami. Nie uśmiechał się, nie mówił dzień dobry. Mało kontaktowy był w tej pozycji.

Łóżka były pokryte takim jakby popękanym plastikiem, nie wiem jak to się nazywa, skaj? – i nikt nie troszczył się o to, czy pod tyłkiem mam rozłożony higieniczny ręcznik jednorazowy. Na koniec dowiedziałam się, żebym broń mnie panie boże nigdy już na żadne masaże czegokolwiek nie chodziła i że tu o mam kserówkę z ćwiczeniami, które mam robić codziennie. Ćwiczeń oczywiście nie robię, ale nauczyłam się….

Pisanie o tym wszystkim nie ma najmniejszego sensu. Żenada! Na początku miałam nawet jakiś zarys pomysłu w głowie. Tekst miał być zwarty, absolutnie nie przegadany. I co najważniejsze, jestem tego pewna, miał do czegoś zmierzać. A ja co robię?!

Zielone wino na blue monday. Wczoraj był ten najgorszy z poniedziałków, ale wczoraj zaczęłam pisać, więc tak jakby, dla mnie, nadal jest wczoraj. Wino, bo blue monday, czyli najsmutniej. A zielone, bo to jednak najweselsze z win.

489_cialo_alphileo.wordpress.comDentysta. Odkładam wizytę całymi miesiącami. Żyję z tym podstępnym bólem, który jest podstępny, bo przychodzi na kilka dni, po czym znika na całe tygodnie. To myślę sobie: eee… nie, wydawało mi się. Dopóki ból nie przechodzi do decydującego ataku. Dopóki nie dociera do mnie, że kolejną noc z rzędu zasypiam na tym samym boku, prawym, bo ten ząb jest z prawej, a zauważyłam, że jak się leży na bolącym to mniej boli. Dopóki nie zauważam, że stosowane od kilku dni znieczulenie (wódka plus garść ibupromu) budzi mnie w środku nocy skrętem kiszek. Idę do dentysty, jak na ścięcie. Oczywiście, wszystko kończy się happy endem, a ja uzależniam się od dentysty i jego genialnego znieczulenia, zostajemy przyjaciółmi i wysyłamy sobie kartki na imieniny.

Kiedyś pies wgryzł mi się w łydkę. Wgryzł się i tak trwał. A ja trwałam uwieszona na płocie. Pominę szczegóły – jak, dlaczego i kiedy – bo to, co piszę jest już wystarczająco nudne. Nie bolało wcale. Znaczy bolało potem, ale nie bolał sam pies uwieszony u łydki. Chyba mózg produkuje w takich momentach jakieś specjalne hormony czy coś. Takie przeciwbólowe.

W ostatnich dwóch miesiącach goszczę też regularnie u okulisty. I – ech, jakie to zabawne – okulista wpadł mi w oko (< klik). Najpierw było zapalenie rogówki. Się wyleczyło. A potem moje oko postanowiło mi dopomóc w romansach, bo zafundowało mi zapalenie spojówek. Okulista nawet odważył się skomentować: „Dość często pani do mnie przychodzi.” Westchnęłam w duchu i pomyślałam, że każda taka randka kosztuje mnie 70 zeta (nie licząc tego, co wydaję na rozliczne krople do oczu), więc teraz on powinien się odwdzięczyć, na kawę chociaż zaprosić. Ale tylko pomyślałam. Nie powiedziałam, bo to by było raczej nie w moim stylu. To znaczy może nawet w moim, tylko że to zależy od chwili, porywu fantazji. A poryw ten akurat nie porywa mnie, gdy jestem u okulisty. By sprowokować poryw wpadłam nawet na niezbyt rozsądny pomysł, by pójść do niego i powiedzieć: Wie pan co, mi co prawda nic już nie jest, ale mam taką koleżankę i ONA MA ZAĆMĘ. Co pan o tym myśli?

Czy byłabym wtedy wiarygodna?

Ten związek nie ma raczej przyszłości. Trudno. Spróbuję jakoś się pocieszyć.

Bo przecież nic nie przebije rozmów z ginekologiem. Mam go centralnie, między rozłożonymi nogami, on pochylony, ja leżę – i dyskutujemy. O życiu, o wartościach, o pogodzie, o wakacjach. A potem siadam na krześle, już ubrana i rozmawiamy o antykoncepcji, i on w pewnym momencie puentuje: „Wie pani co, najlepiej by było, gdyby pani zaszła w ciążę.” Tu z kolei wizyta to 150 zeta. Więc taka rada, za taką cenę! Cóż, pozostaje mi tylko dygnąć, podziękować i iść się rozmnażać. – Sam niech se pan zajdzie (pisownia oryginalna) – odpowiadam i zaczynam się trząść. To mówi, że mogę sobie podwiązać jajowody na Litwie. Trzęsę się już bardzo bardzo, trudno mi to ukryć, więc mówię, że miałam kiepski dzień, że to nie jest dobry moment na podejmowanie takich decyzji, czy albo, czy albo.

Nie wiem, czy się jeszcze kiedyś zobaczymy. Nie ma chyba chemii między nami.

A dzisiaj rozpoczęłam rehabilitację kolana. Pominę podawanie cennika, bo te wyliczenia mnie zasmucają. Problem na tym polega, że droga z przystanku autobusowego do kliniki jest długa, śliska i zaśnieżona. Najpewniej prędzej połamię obie nogi, niż naprawię kolano. Ot, i paradoks.

Więc jak? Do czego to moje pisanie zmierza? Gdzie w tym wszystkim koncept się ukrywa?

Pisanie o ciele jako alternatywa pisania o swoich wnętrznościach. Żeby nie o uczuciach. A z dystansem, o tym zwierzęciu, którym jestem. Chcę być zwierzęciem. Głód, ból, sen kilkunastogodzinny, ja zagrzebana w pościeli, ból ciała zmęczonego lub znudzonego leżeniem, kocia przyjemność prześlizgująca się po kręgosłupie i w samym środku człowieczego środka – to są dopiero tematy.

Nie interesują mnie czyjeś emocje. To znaczy nie w sensie egzystencjalnym, tylko estetycznym. Nie jako życie, ale jako sztuka. Nie chcę czytać o emocjach. Nie życzę sobie czytać o nich.

I tu przechodzimy chyba do puenty. Hej, czy jest tam ktoś jeszcze, ze mną, na końcu tego nudziarskiego potoku, słowotoku? Koncept był taki, że chciałam pisać o tym, co mnie kręci w literaturze, a co wręcz przeciwnie. Ale mnie poniosło, więc tym razem już sobie daruję. Może kiedyś. Nie dziś. Muszę zamrozić kolano przed snem.

Gdy byłam dzieckiem, czytywałam „Przygody Tomka Sawyera”, czytywałam też „Anię z Zielonego Wzgórza”. Tomek mi imponował, Ania wywoływała mentalny ból zębów. No ale czytałam, bo rodzice jakimś cudem zdobyli całą serię, a ja byłam grzecznym bachorem, więc nie chciałam im sprawić przykrości. Sądzę, że to doświadczenie ukształtowało moje oczekiwania jako dorosłego czytelnika. Ale o tym będzie inną razą. Póki co chcę skupić się jedynie na pewnym zjawisku określanym mianem „syndromu Ani z Zielonego Wzgórza”.

Otóż Anna miała taką przypadłość, że wszystkim, co tylko pomyślała, musiała natychmiast podzielić się ze światem.

Ponieważ od wielu lat badam ten problem, mam dosyć dobrze opracowaną metodologię. Dla porządku. Najpierw przeprowadzę analizę generalną. Będę używać słowa „kobieta”, ale opis tyczyć się będzie ludzi. W ogólności. W kolejnym kroku zaproponuję hipotezę badawczą odnośnie zastosowania dotychczasowych wyników osobno do kobiet i mężczyzn. Będzie to jedynie hipoteza, bo badanie jest w toku. Na koniec, zamiast podsumowania, będzie puenta.

Otóż kobiety (czyli jak zostało zaznaczone – ludzie) dzielą się na te, które cierpią na syndrom Ani z Zielonego Wzgórza (w skrócie SAZZW) i te które bynajmniej. Lata obserwacji przekonały mnie, że przypadki pośrednie nie istnieją. Jeżeli wydaje się nam, że jakaś baba (czyli osobnik) cierpi na SAZZW pośrednio, to prędzej czy później okazuje się, że jest tak albo siak.

Kobieta cierpiąca na SAZZW opowiadam nam, co robiła dzisiaj rano, dlaczego nie zrobiła tego czy tamtego, co ciekawego spotkało ją w godzinach obiadowych, a co natomiast tuż przed chwilą. A potem opowiada to wszystko jeszcze raz. Od początku. Żeby nam się utrwaliło.

Zwierza nam się ze swoich życiowych planów. Tych szczegółowych (jutro, next week, po nowym roku) oraz tych generalnych (czy bardziej etat, czy raczej freelance, nihilizm czy rodzina).

Streszcza swoje ostatnie przygody erotyczne. Bywa że powraca do romansów dawnych, jeżeli uznaje je za szczególnie atrakcyjne. Zdaje również szczegółową relację z wad i zalet wszystkich facetów, którzy – jak twierdzi – się w niej kochają. Oczywiście nie jest ważne, czy to nas obchodzi. Jeżeli nas te opowieści mierzą, możemy co najwyżej przewrócić znacząco oczami. Ryzykujemy jednak wtedy, że zostanie to odczytane jako wyraz podziwu.

Dalej. Relacjonuje nam spotkanie z Marylą, Ziutą i Kryśką. Zapomniawszy, że w ogóle ich nie znamy, a w naszym doświadczeniu toczą one żywot jedynie wirtualny: w barwnych opowieściach.

Mówi o polityce i zdrowiu, o filmie i pogodzie, o feng shui, o swoim smutku, o tym, z czym pić herbatę o smaku takim a takim oraz o tym, jakie wino ostatnio kupiła.

Gdyby chcieć dokonać podziału wedle płci, zasugerowałabym że kobiety SAZZW mówią bardziej o swoich emocjach. Doznaniach czyli. Mężczyźni SAZZW natomiast – o faktach. Wydarzeniach znaczy. Kiedy kobieta zwierza się, jakie uczucia wywołuje w niej aroganckie zachowanie szefa, mężczyzna szczegółowo relacjonuje ciąg zdarzeń, który uwikłał go w taki, czy inny konflikt. Kobieta będzie wzdychać: dlaczego, ach jakże, a gdyby tak, no przecież. Mężczyzna będzie oceniać, osądzać, rozstrzygać, dochodzić do wniosków.

Z uwagi na powyższe – tutaj kolejna hipoteza, pomocnicza – zaryzykowałabym stwierdzenie, że u faceta trudniej zdiagnozować SAZZW. Bo potrzebę mówienia o sobie ukrywa on pod pozornie obiektywnym ciągiem wypowiedzi o tym, jak się sprawy mają. Stąd, powszechnie panujący pogląd (jakże niesprawiedliwy!) głoszący, że SAZZW jest dolegliwością ściśle kobiecą. Jak na ten przykład histeria była.

485_SAZZW_alphileo.wordpress.com.

486_SAZZW_alphileo.wordpress.com.

487_SAZZW_alphileo.wordpress.com.

488_SAZZW_alphileo.wordpress.comZamiast wniosków.

Osoba SAZZW bez przerwy mówi na swój temat. Przez jej głowę przepływa rwący potok myśli, który wylewa się ustami. Wymiotuje swoimi opowieściami, co upodobnia ją do dekoracyjnego rzygacza wieńczącego ongiś rynny.

Osobnik cierpiący na SAZZW bywa inteligentny. Czasem nawet błyskotliwy. Ta choroba nie wyklucza się z umiejętnością używania mózgu. Nie zmienia to jednak faktu, że dla takiego kogoś będziesz tylko ścianą. On lub ona staje przed tobą i mówi. Wygłasza. Możesz darować sobie funkcję fatyczną. Bo SAZZW i tak nie zwraca uwagi, czy słuchasz. Kiedy masz do czynienia z chorym, wystarczy, że będziesz się w niego wpatrywać. W przypadkach skrajnych możesz nawet zaryzykować i patrzeć gdzie indziej. Ponad chorym i ponad jego monologiem.

Wpatruję się w pustą przestrzeń lub w głąb własnych myśli. Słowa szumią, a w moich wnętrznościach rozrasta się pustka. Medytuję. I w pewnym momencie, spoza rozszumianej ściany słów, dociera do mnie pytanie, konkretyzuje się: „A ty co tak nic nie mówisz?!”

Bo nie mam nic do powiedzenia – ripostuję.

I uśmiecham się szeroko, pełną piersią, z rozmachem!