obchodzenie końca świata

Kiedy byłam młoda, czyli kiedy byłam pewna, że już zawsze, do końca świata będę miała dwadzieścia kilka lat,  czyli kiedy obchodziłam weekendy beztrosko, nie martwiąc się przy tym, że taka regularność powinna mnie martwić, a przynajmniej zastanawiać, czyli kiedy nie miałam jeszcze kota, bo byłam za młoda na zobowiązania, czyli kiedy nie starczało mi na rachunki, ale mnie to nie przerażało, bo takie niestarczanie stanowiło normę, czyli kiedy paliłam papierosy, nie myśląc o nalocie na zębach, bo go jeszcze wtedy nie było (bo byłam za młoda), czyli kiedy nie bałam się, że przytyję, bo głównie chudłam (w młodości), czyli kiedy byłam młoda, to wtedy postanowiłam napisać historię o końcu świata. Literaturę czyli.

Tak, w młodości wszyscy młodzi parają się literaturą.

Rzecz jasna to nie miała być żadna tam powieść katastroficzna. Bo niewiele wiedziałam o katastrofach w owym czasie. Pomysł był taki, że jest miasto, czy też Miasto raczej (przez wielkie M, od M jak Miłość) i w tym Mieście ludzie sobie żyją, między sobą, ze sobą i bez siebie, ale żyje im się fatalnie, bo nie byli się spostrzegli w porę, że świat się już jakiś czas temu skończył. Koniec świata nastąpił, tylko sęk w tym, że nic się (pozornie) nie zmieniło. Następować natomiast zaczęły takie mikro-zmiany, przesunięcia, defekty, rozsunięcia. Dziury i wybrakowania. Porzuciłam literaturę, ale gdybym jej nie była porzuciła, to koniec byłby taki, że ci wszyscy ludzie (żyjący dziurawym i wybrakowanym życiem) marzyliby i czekali na koniec świata, na prawdziwe i ostateczne piekło. Koniec nigdy by jednak nie następował, gdyż ludzie owi mieli być (w tej mojej literaturze) nieśmiertelni. Na tym właśnie miał polegać prawdziwy koniec świata. Że jest coraz bardziej źle. Bez końca.

No. Banał.

Od kiedy nie jestem już młoda, od kiedy skończył się świat, co roku z końcem roku przeprowadzam swój własny bilans dziur i wybrakowań. Co roku obchodzę koniec świata. Klasyfikuję i podsumowuję. Gdyby świat się wreszcie, kiedyś, w którymś, tym czy owym roku skończył, to byłoby spoko. Ale nie. On trwa. Co roku.

– Jestem beznadziejna.
– Nie. To ja jestem beznadziejna.
– Wydaje mi się, że wtedy, od wtedy wszystko się skończyło. Że jest tylko coraz bardziej źle.
– Ale wiesz, że to jest tylko w twojej głowie.
– Wiem. I to jest właśnie najgorsze.

Tak. To chyba miała być powieść psychologiczna.

Banał. Ohyda. Porzuciłam, bo za dużo tam, w tej literaturze było przymiotników. A ja brzydzę się przymiotnikami. Jak tylko zobaczyłam, że przymiotniki się mnożą – porzuciłam.

Dobrze, że porzuciłam literaturę i zajęłam się życiem, które się co prawda skończyło, ale przecież będzie trwać w nieskończoność.

Więc. Rok 2012. Kilka konfliktów zażegnanych lub zamiecionych pod dywan. Dla równowagi – parę nowych konfliktów – do rozwiązania w przyszłym roku lub wyparcia w kulturalnym gadulstwie i uśmiechaniu się do siebie. Szczypta asertywności, która jednak, gdy zmienić perspektywę, okazuje się zwykłą paranoją. Lub tak zwanym trudnym charakterem. Jeden festiwal więcej (więc więcej pieniędzy na rachunki), ale jeden rozdział doktoratu mniej (więc płacenie rachunków jawi się jako sprawa marginalna). Zakochanie i brak zakochania. Kilka worków z ubraniami do śmietnika, kilka worków ubrań – na wieszaki. Przestałam używać bulionu w kostkach! Teraz sama robię bulion z warzyw. (Robię dużo i zamrażam, a potem gotuję na tym zupy. Bardzo wam to polecam, bo to zdrowe jest.) Kilka kilo przybyło, ubyło i przybyło znowu (chyba, nie mam pewności, nie mam wagi tak zwanej łazienkowej, na oko oceniam). Jakieś 30 książek przeczytanych. Za mało. Ile win wypitych? Myślę, ze gdyby zestawić statystykę książek za statystyką win (och, co za inspirująca dwuznaczność), to trzeba by jednak pomyśleć o AA, a nie o jakimś kółku czytelniczym. Kupiłam wykładzinę do przedpokoju, dywan do pokoju, komodę na ubrania i sprzęt do odtwarzania muzyki dla melomanów, ale zapomniałam, że miałam pojechać na wycieczkę do Katowic. Tańczyłam. Kilka razy. Kiedyś tańczyłam więcej, kiedyś – w młodości. Foty robię coraz gorsze. Mimo że mam coraz więcej aparatów do robienia fot. Leciałam samolotem (trzy razy) oraz leciałam balonem (raz). Przeżyłam.

I tak dalej, i tak dalej… Bez końca.

A teraz włączę sobie kolejny odcinek serialu „Girls”. On mówi o ludziach co mają dwadzieścia kilka lat i ich życie się dopiero co zaczęło, ale za chwilę się skończy. Bo życie trwa chwilę. Najpierw się długo nie chce zacząć, a jak już się zacznie, to zaraz są napisy końcowe.

No. Koniec świata.

480_koniec_alphileo.wordpress.com

Reklamy
5 comments
  1. Patatak said:

    Bardzo ładne obchodzenie :)

    (i nawiasem mówiąc, koniec świata ma tę przewagę nad świętami, że nie trzeba składać sobie życzeń)

  2. wszystkiego najlepszego i pomyślnego nowego końca świata

  3. Patatak said:

    ;)

  4. joe said:

    „Ile win wypitych?”

    Winy się przebacza..

Napisz coś

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s