Archiwum

Monthly Archives: Grudzień 2012

Obudziłam się o piątej trzydzieści, czy raczej zostałam obudzona. Księżyc prawie w pełni ulokował się za oknem, zawisł idealnie tak, by jego bezlitosny promień, czy księżyc ma promień, czy promieniuje?, by bezlitośnie oświetlić pokój, łózko, poduszkę, by trafić dokładnie w mój mózg i przeprowadzić w nim zaskakujący remanent. Mogę to porównać tylko do promienia lasera, który najpierw zrobił „htszy”, wdarł się pod czaszkę, by następnie rozpocząć swoją pracę: szyyyy, szyyyy, szy-szy-szy, szyyyyy….

Pierwszy atak księżyca to była gwałtowna pobudka. Obudził mnie sen. Sen ten przyniósł bardzo proste rozwiązanie pewnego bardzo skomplikowanego problemu, który od dawna (od dawna, dawna) spędzał mi sen z powiek. Ojacię! – pomyślałam, gdy dotarło do mnie, co mi się śniło w tym śnie. Ojacię… – kontynuowałam leżąc, kontemplując i wyobrażając, jak wcielam ten pomysł w życie, jak coraz bardziej sobą się robię, bo dochodzę do siebie.

Ale to nie koniec. Księżyc pracował nadal, laser pozostawał włączony, cierpliwie przecinając kolejne zwoje, czy co tam jest w mózgu, połączenia, by zlikwidować kilka problemów pomniejszych co prawda, ale niezaprzeczalnie – irytujących.

Zwykle i na co dzień czuję przytłaczający ciężar, cała jestem wypełniona ołowiem, czy tak się mówi, że ołowiem?, czy takie jest powiedzenie?, czy ołów jest rzeczywiście czymś bardzo ciężkim? Tak więc ołów w stopach, wokół kolan, w podbrzuszu, wokół płuc, ołów bulgocący w gardle i wylewający się ustami zawsze wtedy, gdy zdobywam się na odwagę wyplucia z siebie zdania złożonego. Ołów w głowie, gotujący się w głowie ołów, który zwiększa objętość, wywołując uczucie wybuchającej głowy.

Dzisiaj nad ranem natomiast, z góry przepraszam, bo dla opisu tego stanu muszę popaść w banał, więc rano cały ten ołów wypłynął wszystkimi moimi otworami, rozlał się z efektownym chlupnięciem po podłodze i wsiąknął w szpary między deskami. Uniosłam się kilka centymetrów nad łóżko, chwilę lewitowałam, kołysząc na boki, po czym łagodnie opadłam na prześcieradło. Miałam wrażenie, że jestem czymś bardzo miękkim i małym, zabawką pluszową, watą cukrową, moherowym szalikiem. Na koniec poczułam zapach radości, jeszcze raz przepraszam za odrażający banał, ten zapach uderzył mi do głowy, w pokoju pachniało szampanem.

Bardzo możliwe, że po prostu oszalałam. Trudno.

Więc jeżeli spotkacie w swoim mieście, gdzieś na ulicy, w sklepie, w tramwaju, na skrzyżowaniu, nad zupą tajską, między półką z chlebem, a półką z bułkami osobę w wieku trzydzieści, czy raczej niestety trzydzieści-od-niedawna-plus, chociaż jako że zaprzedałam duszę diabłu, to nadal mnie proszą o dowód, gdy kupuję wino, zwłaszcza, gdy jestem w czapce, osobę z włosami w kolorze sierści chomika, ale włosów pod czapką nie widać, spod czapki, osobę posiadająca cycki i nieposiadającą penisa, która unosi się kilka centymetrów nad ziemią i pachnie szampanem – to będę na pewno ja.

Bardzo polecam tego księżyca, w pół godziny i za darmo załatwia to, na co przez lata poświęca się pieniądze i czas, odpowiadając na zdawane w ciemno pytania chologa czy chiatry. Księżyc jest precyzyjny i skuteczny. Laser.

Zrobiłam mu zdjęcie. Zrobiłam, nie przejmując się, że nie mam obiektywu do robienia zdjęć księżyca, że nie mam nawet aparatu, do którego taki obiektyw się stosuje.

Aby jednak uprzedzić pytania, od razu zaznaczę, że wcale nie ociekam od dzisiaj zajebistością. Nie… Takim kimś nie będę nigdy. Nadal uważam, że miejscami i momentami jestem raczej beznadziejna. Bajer polega jednak na tym, że przestało mi to przeszkadzać.

481_ksiezyc_alphileo.wordpress.com

Kiedy byłam młoda, czyli kiedy byłam pewna, że już zawsze, do końca świata będę miała dwadzieścia kilka lat,  czyli kiedy obchodziłam weekendy beztrosko, nie martwiąc się przy tym, że taka regularność powinna mnie martwić, a przynajmniej zastanawiać, czyli kiedy nie miałam jeszcze kota, bo byłam za młoda na zobowiązania, czyli kiedy nie starczało mi na rachunki, ale mnie to nie przerażało, bo takie niestarczanie stanowiło normę, czyli kiedy paliłam papierosy, nie myśląc o nalocie na zębach, bo go jeszcze wtedy nie było (bo byłam za młoda), czyli kiedy nie bałam się, że przytyję, bo głównie chudłam (w młodości), czyli kiedy byłam młoda, to wtedy postanowiłam napisać historię o końcu świata. Literaturę czyli.

Tak, w młodości wszyscy młodzi parają się literaturą.

Rzecz jasna to nie miała być żadna tam powieść katastroficzna. Bo niewiele wiedziałam o katastrofach w owym czasie. Pomysł był taki, że jest miasto, czy też Miasto raczej (przez wielkie M, od M jak Miłość) i w tym Mieście ludzie sobie żyją, między sobą, ze sobą i bez siebie, ale żyje im się fatalnie, bo nie byli się spostrzegli w porę, że świat się już jakiś czas temu skończył. Koniec świata nastąpił, tylko sęk w tym, że nic się (pozornie) nie zmieniło. Następować natomiast zaczęły takie mikro-zmiany, przesunięcia, defekty, rozsunięcia. Dziury i wybrakowania. Porzuciłam literaturę, ale gdybym jej nie była porzuciła, to koniec byłby taki, że ci wszyscy ludzie (żyjący dziurawym i wybrakowanym życiem) marzyliby i czekali na koniec świata, na prawdziwe i ostateczne piekło. Koniec nigdy by jednak nie następował, gdyż ludzie owi mieli być (w tej mojej literaturze) nieśmiertelni. Na tym właśnie miał polegać prawdziwy koniec świata. Że jest coraz bardziej źle. Bez końca.

No. Banał.

Od kiedy nie jestem już młoda, od kiedy skończył się świat, co roku z końcem roku przeprowadzam swój własny bilans dziur i wybrakowań. Co roku obchodzę koniec świata. Klasyfikuję i podsumowuję. Gdyby świat się wreszcie, kiedyś, w którymś, tym czy owym roku skończył, to byłoby spoko. Ale nie. On trwa. Co roku.

– Jestem beznadziejna.
– Nie. To ja jestem beznadziejna.
– Wydaje mi się, że wtedy, od wtedy wszystko się skończyło. Że jest tylko coraz bardziej źle.
– Ale wiesz, że to jest tylko w twojej głowie.
– Wiem. I to jest właśnie najgorsze.

Tak. To chyba miała być powieść psychologiczna.

Banał. Ohyda. Porzuciłam, bo za dużo tam, w tej literaturze było przymiotników. A ja brzydzę się przymiotnikami. Jak tylko zobaczyłam, że przymiotniki się mnożą – porzuciłam.

Dobrze, że porzuciłam literaturę i zajęłam się życiem, które się co prawda skończyło, ale przecież będzie trwać w nieskończoność.

Więc. Rok 2012. Kilka konfliktów zażegnanych lub zamiecionych pod dywan. Dla równowagi – parę nowych konfliktów – do rozwiązania w przyszłym roku lub wyparcia w kulturalnym gadulstwie i uśmiechaniu się do siebie. Szczypta asertywności, która jednak, gdy zmienić perspektywę, okazuje się zwykłą paranoją. Lub tak zwanym trudnym charakterem. Jeden festiwal więcej (więc więcej pieniędzy na rachunki), ale jeden rozdział doktoratu mniej (więc płacenie rachunków jawi się jako sprawa marginalna). Zakochanie i brak zakochania. Kilka worków z ubraniami do śmietnika, kilka worków ubrań – na wieszaki. Przestałam używać bulionu w kostkach! Teraz sama robię bulion z warzyw. (Robię dużo i zamrażam, a potem gotuję na tym zupy. Bardzo wam to polecam, bo to zdrowe jest.) Kilka kilo przybyło, ubyło i przybyło znowu (chyba, nie mam pewności, nie mam wagi tak zwanej łazienkowej, na oko oceniam). Jakieś 30 książek przeczytanych. Za mało. Ile win wypitych? Myślę, ze gdyby zestawić statystykę książek za statystyką win (och, co za inspirująca dwuznaczność), to trzeba by jednak pomyśleć o AA, a nie o jakimś kółku czytelniczym. Kupiłam wykładzinę do przedpokoju, dywan do pokoju, komodę na ubrania i sprzęt do odtwarzania muzyki dla melomanów, ale zapomniałam, że miałam pojechać na wycieczkę do Katowic. Tańczyłam. Kilka razy. Kiedyś tańczyłam więcej, kiedyś – w młodości. Foty robię coraz gorsze. Mimo że mam coraz więcej aparatów do robienia fot. Leciałam samolotem (trzy razy) oraz leciałam balonem (raz). Przeżyłam.

I tak dalej, i tak dalej… Bez końca.

A teraz włączę sobie kolejny odcinek serialu „Girls”. On mówi o ludziach co mają dwadzieścia kilka lat i ich życie się dopiero co zaczęło, ale za chwilę się skończy. Bo życie trwa chwilę. Najpierw się długo nie chce zacząć, a jak już się zacznie, to zaraz są napisy końcowe.

No. Koniec świata.

480_koniec_alphileo.wordpress.com

Chcąc zamknąć wątek puławski (obecny wcześniej tutaj i tutaj), sięgnęłam po ludzi. Są trochę dziwni. Są muzykami. Latające Pięści się nazywają oraz Sekcja Muzyczna Kołłątajowskiej Kuźni Prawdziwych Mężczyzn z Olą. Zdjęcia są efektem wesołych zabaw z cyfrówką po podwójnym koncercie, który trwał długo, a koncertowi towarzyszył bar. Co widać na załączonych obrazkach. Głównie mam na myśli problemy z balansem (bieli). Nie dziwnych ludzi.

471_balans_alphileo.wordpress.com.

472_balans_alphileo.wordpress.com.

473_balans_alphileo.wordpress.com.

474_balans_alphileo.wordpress.com