Archive

Monthly Archives: Listopad 2012

Od dziecka, od zawsze, odkąd pamiętam słyszę: Ale uśmiechnij się! Albo: Dlaczego się nie uśmiechasz?! Jaki to miało na mnie wpływ w dzieciństwie – pominę. Chociaż bardzo możliwe, że nadal ma taki sam.

Ależ ja się uśmiecham. Tylko wewnętrznie. Nie widzę potrzeby, by dzielić się tym ze światem. Tak mówię, gdy jestem w dobrym nastroju. Czyli wówczas, kiedy nie mam wrażenia, że moja głowa lada moment eksploduje. Bo kiedy tak jest, to albo zaczynam krzyczeć, albo płakać. Bardzo głośno. Tak. To ekstremum.

Zupełnie nie rozumiem, o co chodzi z tym uśmiechaniem. Po co całe to zamieszanie? Dlaczego uśmiech miałby być normą, kto i kiedy to ustalił? I jeszcze – kiedy zaczyna się uśmiech właściwy? Bo pogodna, rozluźniona, a przede wszystkim bez wyrazu, pusta twarz już nie wystarcza. Czy więc półuśmiech wystarcza? Czy dasz mi spokój, jeżeli kąciki moich ust będą stale nieznacznie uniesione? Nie. No dobra, uśmiechnę się bardziej, ale czy muszę też pokazywać zęby, górne i dolne? Musisz widzieć cały komplet? A jeżeli to nie jest kwestia stopnia, lecz częstotliwości, to jak często mam się uśmiechać w twoją stronę? Ktoś pyta mnie: Dlaczego pani się nie uśmiechnie? Cholera, myślę sobie, widziałam go dwie godziny temu, uśmiechnęłam się wtedy, jakby na zapas, oczywiście – z przymusu i nieszczerze, bo wydawało mi się wtedy, że będę miała go z głowy na cały dzień, że raz dziennie wystarczy. Ale nie. To ile razy mam?

Patrzę na siebie w lustrze. Badam rysunek twarzy, jak układa się w przypadku poszczególnych rodzajów uśmiechu. Może rzeczywiście kiedy się nie uśmiecham wyglądam ponuro… Czy ja wiem… – kontempluję dalej i dochodzę do wniosku, że jest tak tylko w kontraście. Uśmiech, brak uśmiechu, uśmiech, brak uśmiechu – ćwiczę. No tak. Nic więc dziwnego, że w towarzystwie ludzi, którzy są wyćwiczeni w sztuce uśmiechania, którzy mają to we krwi, kiedy ustawić mnie na ich tle, to prezentuję się raczej ponuro.

Moja twarz patrzy na mnie z lustra. Czytałam, że jedna z form medytacji polega na tym, aby tak długo wpatrywać się w lustro, żeby kierunek się odwrócił. To znaczy, żeby nie odczuwać swojego odbicia jako odbicia właśnie, ale jako kogoś obcego (innego niż ja), kto na mnie spogląda. Otóż moje ćwiczenia z uśmiechem (wieloletnie i regularne) doprowadziły do tego, że mam tak już na stałe i zawsze. Za każdym razem, gdy patrzę w lustro – wystarczy nawet, że zerknę na krótko, wystarczy, że rzucę okiem w witrynę sklepu – widzę kogoś obcego, kto się na mnie gapi. Bezczelność!

Kąciki moich ust czasem się unoszą. Bywa nawet, że trwają w tej pozycji wiele minut. Ba, czasem nawet z godzinę! Jednak jak widać ciągle plasuję się poniżej średniej.

Powyższa kwestia – i mówię to zupełnie szczerze – jest dla mnie poważnym problemem. Przyglądam się ludziom. Wnikliwie. Liczę uśmiechy. Sprawdzam jakiego rodzaju wypowiedziom towarzyszą. Notuję intensywność – kiedy trzeba pokazać zęby, a kiedy wystarczy półuśmiech. Staram się wyciągać wnioski. Ale mimo to (znowu nie zdałam egzaminu!) słyszę: Dlaczego ty się nie uśmiechasz?

Bo ten, kto się bez przerwy uśmiecha, jest idiotą!!! – krzyczę. Ale tylko w myślach.