Archiwum

Monthly Archives: Luty 2012

dla J. R.

Dzieckiem byłem. Choć w swym własnym mniemaniu czułem się już wystarczająco dorosły. Dzieckiem byłem dwuletnim. Małym, chudym, w krótkich spodenkach i buzią wymazaną. Czymś. Czymś słodkim. Siedziałem na nocniku i robiłem, co mi kazali.  Nocnik był plastikowy i ekskluzywny, bo amerykański.  Przyszedł w paczce, razem z amerykańskim proszkiem do prania, amerykańskimi skarpetkami, amerykańskimi gazetami i amerykańskimi słodyczami, którymi się właśnie wymazałem. Na twarzy.

Nie wiem, może to, co stało się tego dnia było po prostu pierwszym odruchem patriotyzmu, który zrodził się we mnie, kiedy moje polskie gówno wpadło do amerykańskiego nocnika, a ja zrozumiałem, że jest, jak jest, ale to nie oznacza wcale, że od razu trzeba dobry polski nocnik wyrzucać i zastępować go nowym. Amerykańskim. W czym on niby miałby być  lepszy? Przecież to tylko nocnik. Dlaczego (opętany jaką szaleńczą ideą) ktoś wpadł na tak absurdalny pomysł, jakim było wysłanie nocnika przez ocean, do kraju smutnego, w którym czekać miało na niego jakieś smutne dziecko, śniące w dziecięcych snach sen o ekskluzywnym nocniku amerykańskim?

Skończyłem. Rodzina zajęta była amerykańskim cudem, który w paczce wyemanował w amerykańskie cuda – więc miałem czas.

Gówno. Kupa czyli. Miękkie, przylepne, podatne na formowanie. Kolorystycznie nie zachwyca. Ale z drugiej strony – każdy artysta powinien być zdolny wyzyskać właściwości tworzywa. Którym mu przyszło operować. Ja wyzyskałem. Raz jeszcze zaznaczę – nie wiem, nie znam przyczyny, mogę się jej tylko domyślać. Mogę założyć, że już jako dwulatek byłem nad wyraz ekspresywny i nad wiek kreatywny. Wolę tak myśleć – teraz. Niż domyślać się bóg wie czego, o czym nawet swojemu psychiatrze wstydziłbym się teraz opowiedzieć. „A pana dzieciństwo” „Dzieciństwo?! Dlaczego pan pyta?! Dziękuję, w normie.”

Byłem artystą dwuletnim. Życie mnie jeszcze tak całkiem, w swej całości, nie dotyczyło.  Fragmenty jego tylko do mnie dochodziły. Czasem. Z życia dochodziło do mnie, że życie jest smutne, że zima jest sroga, że jedzenie jest na kartki. Pytałem matki „Mamo, co to”, a ona odpowiadała „em-o”. (Duże em i duże o. Nie emo-nastolatek.) Tutaj temat się urywał. Bo kiedy padało kolejne pytanie: „Co to emo”, matka zaczynała parskać. Prychać. Nie chodziłem do przedszkola, za to chodziłem do piaskownicy. Do piaskownicy trzeba było zabrać swoje wiaderko, swoją łopatkę i swoje grabki.  Bo każdy tam miał swoje. Bawiłem się, wszyscyśmy się bawili zgodnie, pokazywaliśmy sobie i wymienialiśmy się między sobą – wiaderkami, łopatkami i grabkami. Matki stały nad piaskownicą, dokoła, i obserwowały. Bacznie. Zerkały po sobie. Z szaleństwem w oczach. Jednym okiem zerkały na siebie, drugim zerkały na piaskownicę, by z oka chociaż jednego nie tracić – wiaderka, łopatki i grabek.  Jak się nie miało wiaderka, łopatki ani grabek, to się nie chodziło do piaskownicy. W piaskownicy czasem znajdowaliśmy prawdziwe skarby. Foliowe torebki, damski but, zieloną butelką, psią kupę.

Kiedy stłoczona nad amerykańskim gazetami rodzina, pochłonięta była wycinaniem amerykańskich fotografii i kiedy następnie przeszła do naklejania ich na szybę kredensu, ja przystąpiłem do dzieła. Sięgnąłem dłonią w głąb nocnika i chwyciłem.

Ukończywszy dzieło, ległem na podłodze. Ległem ponieważ nie umiałem sobie sam podciągnąć rajstop, a z rajstopami okręconymi wokół kostek niewiele można zrobić. Można tylko legnąć. Rajstopy były w kolorze mojego dzieła. Wtedy nie wiedziałem jaki to kolor. Kontemplowałem. Wszystko, co się już po chwili wydarzyło, wywołało we mnie wiele sprzecznych uczuć.

Przybiegł ojciec, chwycił mnie za ramiona, podciągnął rajstopy i odłożył na bok. Zawołał resztę. Rodzina nadeszła. Rodzina zaczęła dużo mówić do siebie nawzajem i bardzo szybko. Więc tylko im się przyglądałem, bo byłem dzieckiem i jak ktoś do mnie za szybko mówił, to raczej nie rozumiałem. Rodzina mówiła, pokrzykiwała, machała rękoma i to rozbiegała się w różne części mieszkania, to znów gromadziła się koło mnie. Potem ucichła. Ucieszyłem się, że w końcu dotarła do rodziny wartość mojego dzieła i że tym milczeniem  chcą mnie wynagrodzić. Szacunek okazać. Nigdy potem nie miałem możliwości, by się dowiedzieć, jaki wydźwięk miało tamto milczenie.

Od podłogi, gdzieś tak na wysokość metra w górę i półtora wszerz, ściana była pięknie wymalowana moim gównem.

Rodzina nic nie powiedziała. Zostałem zaniesiony do pokoju, w ręce wepchnięto mi pajaca, a matka nalała wody do wiadra i zaczęła szorować ścianę. Kiedy podszedłem do uchylonych drzwi, by rzucić okiem, wujek Krzysztof wepchnął mnie zdecydowanie z powrotem i zatrzasnął drzwi.

Byłem dzieckiem, więc nie miałem wtedy pewności, czy mogę rodzinie robić wyrzuty z powodu zniszczenia mojego pierwszego dzieła. Od tej pory właściwie o nic już nie mogłem zapytać, bo gdy tylko zaczynałem „Mamo, czemu…”, to matka od razu ucinała, jakby obawiając się zakończenia: „Cicho”, albo „Jedz już”, albo „Nie teraz”.  Przez kilka kolejnych lat musiałem więc swoją wiedzę o świecie czerpać z innych źródeł. Z piaskownicy, z wieszanych w bramach ogłoszeń, których nie rozumiałem, bo nie umiałem czytać, z telewizji, której nie rozumiałem, bo mówiła za szybko. I z bajek dla dzieci, w których bohaterowie używali zdecydowanie za dużo zdrobnień i ciągle chodzili na spacery albo do lasu. Tak więc moje rozumienie świata było raczej ułomne.

A potem poszedłem do szkoły, gdzie dostałem kredki, a kupę musiałem robić za zamkniętymi drzwiami.

On, ona i ono. W tramwaju. Jadę tramwajem, jest wieczór, więc tramwaj jest pusty. I do tramwaju wsiada rodzina: on, ona i ono. Tramwaj jest praski. Każde z nich ma za sobą jakiś kompromitujący element. On – stary plecak z napisem „just do it”. Ona – świąteczną reklamówkę, z mikołajem, misiem, kokardkami i innym badziewiem. A ono – czapkę i szalik w barwach legii. Taki komplecik. Pomyślałam: nie robią też rękawiczek?! Wszyscy troje są obuci w buty z tesco (dużo-tanio-tesco). Ono ma kurtkę po starszym kuzynie. Ona – płaszcz w jakiś nietwarzowym kolorze. On – postawiony kołnierz. Jadą i szepczą.